A jeśli się po prostu nie chce? – czyli trudna modlitwa małżeńska

Warto zadbać o codzienną wspólną modlitwą. Niech to będzie choćby minimum: znak krzyża, jakaś modlitwa z pacierza, cokolwiek – ale stale, konsekwentnie, codziennie. Nie jest najważniejsze, jak się modlicie – ważne jest, żebyście się modlili. Zastanawiacie się, jak zacząć? Najlepiej po prostu… zacząć.

Gdy małżonkowie traktują siebie poważnie (mam na myśli odpowiedzialność za swoje małżeństwo, a nie życie pozbawione koniecznego szaleństwa, humoru i radości), to oczywistym jest dla nich, że jeśli złożyli swoją przysięgę przed Bogiem, wtedy muszą Go codziennie zapraszać do swojej rodziny. Nie są nigdy sami, zawsze trzeba dodawać +1 do liczby osób zamieszkujących w gospodarstwie domowym. Niby to oczywiste, ale chyba nie zawsze.

Z modlitwą małżeńską jest tak jak z modlitwą indywidualną. Wiara małżonków nie jest niczym innym jak sumą wiary obojga. Dlatego czasami bywa tak, że… jest po prostu trudno. Każdy wie, że nasza wiara nieraz się chwieje, słabnie, ginie gdzieś w gąszczu codziennych zajęć. Istnieje mnóstwo książek i artykułów na ten temat, w internecie można znaleźć dużo wpisów, wywiadów, wskazówek. Mam jednak wrażenie, że sporo z nich opartych na swego rodzaju idealizmie, założeniu że wystarczy zrobić to i to (instrukcja obsługi?) i temat będzie „ogarnięty”.

Dróg do Pana Boga jest wiele. W Kościele możemy czerpać z prawdziwego skarbca różnorodnych sposobów życia chrześcijańskiego. Każdy może wybrać swój charyzmat, swój „klimat”, swoją regułę.

A co w małżeństwie? Ważne, żeby pamiętać o swojej autonomii. Po ślubie, choć jesteśmy jednością, to jednak pozostajemy odrębnymi osobami. Nie jesteśmy identyczni, ale z drugiej strony nie jesteśmy też oddzielonymi od siebie monadami. Często się zdarza, że on ma swoją drogę do Pana Boga, a ona swoją. Ktoś może lubić różaniec, kogoś innego to męczy; jeden praktykuje Liturgię Godzin, dla drugiego brewiarz to niezrozumiała trudność; jedno może mieć doświadczenia jakiejś wspólnoty, a drugie nie – i jedno może tego potrzebować, a drugie nie. I tak dalej…

Między innymi po to jest narzeczeństwo – żeby takie podobieństwa i różnice odkryć, poznać, przyjąć, zrozumieć. Nie tylko w sferze duchowej, oczywiście.

Tak też było u nas: trochę to trwało, zanim razem z Elżbietą dotarliśmy się w naszej narzeczeńskiej, a później małżeńskiej, modlitwie. Przyznaję, że to nie było dla mnie łatwe: gdzieś podświadomie miałem w głowie takie dziwne przekonanie, że ja (JA!) – magister teologii, uformowany przez seminarium i w ogóle fanfary poproszę – jestem odpowiedzialny za pokierowanie tym obszarem w naszym małżeństwie. Na szczęście udało mi się poskromić nadmierne ego i znaleźliśmy się we wspólnym miejscu. Swoje własne upodobania spełniamy indywidualnie przed Panem Bogiem – ale razem opieramy się na wspólnych założeniach.

Czasami bywa tak, że się po prostu… nie chce. Nie ma siły lub ochoty, za to jest ogromne zmęczenie, zniechęcenie, może nawet obojętność. W takich momentach ważna jest wierność, pamięć, przywiązanie nawet bez uczuć. Obiecaliśmy sobie, że każdy dzień zakończymy wspólną modlitwą, co by się nie działo – i zdarza się (często, bo lenie z nas patentowane), że jest to krótki pacierz, nawet już w łóżku. Ale jest.

Miłość to decyzja, nie uczucie. Wierność drugiej osobie i Panu Bogu opiera się też na decyzji, a nie na zmiennych uczuciach. Inaczej nasza wierność padła by już nie raz: mało to sytuacji, kiedy ma się siebie trochę dość?; mało takich, gdy nie czuje się Pana Boga? „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” (Ef 4, 26) – czyli gdy dzień się zakończy, musimy być już pogodzeni, no bo klękać przed Bogiem, gniewając się wzajemnie? Modlitwa w pewien sposób… wymusza zgodę przed położeniem się spać, nawet po największej burzy.

W związkach małżeńskich tylko cywilnych ilość rozwodów sięga 50%.
W związkach. po ślubie kościelnym ale bez praktyk religijnych: 33%.
W związkach po ślubie kościelnym i przy coniedzielnym wspólnym udziale małżonków we Mszy Św.: 2%.
W związkach po ślubie kościelnym, przy coniedzielnym wspólnym udziale we Mszy św. i przy codziennej wspólnej modlitwie małżonków – rozpada się jedna para na 1429, a więc zaledwie 0,07%, czyli 0,7 promila.

(Badania przeprowadzone przez socjologa Mercedesa Arzu Wilsona)

Warto zadbać o codzienną wspólną modlitwą. Niech to będzie choćby minimum: znak krzyża, jakaś modlitwa z pacierza, cokolwiek – ale stale, konsekwentnie, codziennie. Nie jest najważniejsze, jak się modlicie – ważne jest, żebyście się modlili. Zastanawiacie się, jak zacząć? Najlepiej po prostu… zacząć.

Myślę, że dobrym patronem trudnej modlitwy małżeńskiej może być św. Matka Teresa. Jej dziennik duchowy z czasu, gdy nie czuła Boga (a to trwało dziesięciolecia) to właśnie przykład miłości opartej na decyzji, pamięci. I nasza modlitwa może też być taka – wbrew trudnościom, uparta, pomarszczona jak zakonnica z Kalkuty.

My dodatkowo kończymy modlitwę pocałunkiem 🙂

  • „My dodatkowo kończymy modlitwę pocałunkiem”.

    Piękne 🙂