„Warto być przyzwoitym” – te słowa, tytuł z jednej z książek śp. Władysława Bartoszewskiego, weszły do naszego języka jako zwrot kojarzony właśnie z nim. Gdy odszedł wczoraj, w wieku 93 lat, okazało się, że dla wielu nie mają żadnego znaczenia.

To nie w tym rzecz, że chcę napisać jakiś panegiryk, laurkę na cześć, pośmiertne wspomnienie, idealizujące Zmarłego. Dla wielu osób był autorytetem, z całą pewnością życie miał piękne, choć trudne, wyjątkowe, osadzone w naszej (i nie tylko naszej) historii w sposób niezwykły. Postać niebanalna, wyrazista, o mocnej osobowości, używająca często dosadnego i ostrego języka. Zawsze go ceniłem, chociaż żałuję, że ostatnie lata swojego życia skupił na zaangażowaniu politycznym, jednoznacznie po jednej stron wielkiego polskiego sporu – zdarzyło mu się powiedzieć wiele słów niemądrych, nieroztropnych, krzywdzących dla innych.

635655062171276197

Żółć i agresja, jakie wylały się w internetowych komentarzach tuż po informacji o śmierci Pana Bartoszewskiego, są zatrważające. Nie można tego zwalić jedynie na karb typowych, anonimowych komentarzy w sieci – przecież w wielu miejscach są one podpisane z imienia i nazwiska. Nie będę ich tu przywoływał (bez problemu można je odnaleźć), najbardziej bolesne i przykre są te, pisane przez ludzi, mieniących się chrześcijanami – tymczasem często zajadłość i złośliwość z ich strony jest tak achrześcijańska, że aż mająca w sobie coś dramatycznego.

Postponowano go nieraz podle, bez względu na dawne zasługi. Tej niechęci boleśnie doświadczał zwłaszcza w czasie uroczystości ku czci Powstańców Warszawskich, kiedy część zebranych gwizdała i buczała, gdy pojawiał się na Cmentarzu Powązkowskim. Pokłosie tamtych nastrojów można spotkać i dzisiaj, czytając chamskie i małostkowe wpisy na niektórych portalach. Musiało ich być dużo, gdyż niektóre z nich zawiesiły nawet możliwość komentowania informacji o jego śmierci, aby nie dopuścić do skandalu w dniach żałoby po nim.  (Andrzej Grajewski)

Nie chodzi mi o to, że zmarłych nie wolno krytykować, poddawać ich ocenie – szczególnie, gdy są to osoby publiczne, wywołujące różne kontrowersje. Podobnie zasada, że o zmarłych powinno się mówić dobrze, albo wcale – nie powinna być stosowana bezwzględnie, bo rozumiana w sposób absolutny jest po prostu bez sensu. Jednak jest coś takiego w naszej kulturze, że w obliczu śmierci raczej milkniemy, niż podnosimy głos. Otwieramy przestrzeń ciszy i refleksji, chociaż przez jakiś czas, a nie pozwalamy na hałas. Staramy się przypominać sobie raczej dobre i szlachetne karty z życia tego konkretnego człowieka, a nie złe. Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to pierwsza myśl powinna nas kierować w stronę Boga i Jego Miłosierdzia, a nie chęci wylania wiadra pomyj na jeszcze nieostygłego zmarłego.

Na wszystko zawsze przyjdzie pora: nie mam nic przeciwko obiektywnemu osądowi Władysława Bartoszewskiego, dyskusjom historycznym i publicystycznym co do jego postaci, różnym wypowiedziom, a także emocjom – ale niemożność powstrzymania się w pierwszych godzinach po zgonie od kąśliwych uwag, pseudointelektualnego mędrkowania, wysilonej ironii i, w gruncie rzeczy, pysznej postawy sędziego – jest dla mnie wyrazem głupoty, chamstwa, braku kultury i wyskoczenia z naszych cywilizacyjnych ram.

Po moim tekście „Wojciech Jaruzelski niech żyje” pytano mnie retorycznie, czy chciałbym, aby Hitler też żył wiecznie. Ależ oczywiście! Chciałbym go spotkać w niebie razem z jego ofiarami. I Stalina też, i wszystkich możliwych łajdaków świata. Tego chce przede wszystkim Jezus. On już wszystkim wysłużył przebaczenie i teraz tylko osobiste nawrócenie jest potrzebne, żeby je przyjąć. Jest nadzieja, że wielu, pod wpływem ostatniej łaski (może przez kogoś wymodlonej), odwołuje się do miłosierdzia Bożego na samym progu wieczności. A trzeba jeszcze i to uwzględnić, że nasza „sprawiedliwość”, tych wszystkich dumnych z tego, że nie są Jaruzelskimi czy Urbanami, jest nic nie warta. Bo, jak mówi Izajasz: „Wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata” (Iz 64,5). (Przemysław Kucharczak)

Dla mnie odniesieniem w takim sytuacjach jest to, jak kardynał Stefan Wyszyński zareagował na informację o śmierci Bolesława Bieruta. Jeśli ktoś jest świadomy oczywistej ułomności tej analogii, to tym bardziej wyciągnie odpowiednie wnioski – zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

Jako chrześcijanin muszę troszczyć się przede wszystkim o zbawienie – swoje, ale też innych. Życzenie komuś piekła to nie jest chrześcijaństwo. W niebie, o ile tam dojdziemy, zapewne pierwszą rzeczą jaką pomyślimy, to będzie ogromne zdziwienie na widok tych, którzy nas tam poprzedzili. Powinniśmy mieć nadzieję zbawienia również dla tych, których nie lubimy, którzy nas denerwują, a tym bardziej jeśli nas ranią, krzywdzą. Tajemnica Bożego Miłosierdzia jest naprawdę większa, niż to możemy pojąć. Moment czyjejś śmierci powinien nas uczyć przede wszystkim pokory. Jeśli ktoś nie może się wówczas powstrzymać przed objawieniem swojej nienawiści (bo tak go ona roznosi, takie emocjonalne ciśnienie odczuwa), to niech się lepiej ugryzie w język lub palce.

niebo
(C) by Natalia Białobrzeska

Ja bym się najzwyczajniej w świecie wstydził pisać teraz takie rzeczy, jak to czyni nakręcone od wczoraj środowisko „prawdziwych” katolików i prawicowców – jedynie kompromitując i katolicyzm i prawicowość, posługując się raczej karykaturami tych pojęć. Choćby umarł najbardziej nielubiany przeze mnie polityk, artysta, czy ktokolwiek inny, choćby za życia obrażał mnie, moją wiarę, ojczyznę, Kościół – to zawsze najpierw modlitwa, a jeśli nie potrafię wskazać niczego dobrego i szlachetnego w jego życiu, niech zamilknę. Przynajmniej do pogrzebu.