Basia skończyła kilka dni temu cztery miesiące życia. Jedna trzecia roku. To nadal i tak jeszcze nawet nie połowa czasu, jaki przeżyła w brzuchu swojej mamy – ale rośnie tak szybko, że coraz trudniej sobie wyobrazić, jakby miała się z powrotem schować do środka.

Fascynujące, fascynujące, fascynujące. Takie właśnie jest obserwowanie rozwoju małego człowieka, niemowlaka. Nie mam zamiaru ani ambicji tworzyć typowego bloga parentingowego, więc nie będę opisywał szczegółowo kolejnych etapów Basiowego wzrostu – ale na blogu osobistym nie mogę co jakiś czas o tym nie wspomnieć! To prawdziwa check-lista, na której z dumą, razem z Elą, co chwila odhaczamy kolejny „zaliczony” poziom rozwoju naszej córki. Dość wspomnieć, że Basia chichra się już na wszystkie strony, wokalnie opanowała chyba wszystkie samogłoski (czasami to naprawdę długie, śpiewne popisy z jej strony), mimika się urozmaica, stawy pracują pełną parą – no i, co najbardziej spektakularne: powoli przygotowujemy się do startu w pełne raczkowanie (pełzanie wychodzi już coraz lepiej i niedługo nasz mały gad skoordynuje kolana i łokcie), oraz wspinamy się na początkowe, nieporadne jeszcze i mocno wspomagane przez tatę lub mamę, siadanie. Oby tak dalej!

 

Czyje to dziecko jest?

Ostatnio, przy obserwacji rozwoju małej Basi, przychodzą też inne myśli: o jej przyszłości (kim będzie, jaka będzie, co będzie robić itd.), ale też o… przeszłości. Przecież ona nie wzięła się znikąd. To nawet nie w tym rzecz, że miała swój okres prenatalny (który, przypomnę znowu, był na razie dłuższy niż jej dotychczasowe życie „po tej stronie brzucha”). Jej historia sięga znacznie wcześniej – dalej, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Pierwszy Basię poznał Pan Bóg, jeszcze zanim została poczęta (Jr 1, 4-5), ba, zanim powstało całe stworzenie (!!!), ona już była wybrana w Jego planach (Ef 1, 11-12), to On ją ukształtował w łonie matki (Ps 139, 13) i był pomocny w dniu jej narodzin (Ps 71, 6). I tak dalej…

Krótko mówiąc, uzmysławiam sobie teraz, w tym czasie, pewną ważną prawdę: że moje dziecko, choć moje – nie należy do mnie. Nie jest kawałkiem mojego szczęścia (jak, przy okazji dyskusji o in vitro była łaskawa powiedzieć o dzieciach pewna polityk), ale Bożym darem. Zostałem zaproszony do uczestnictwa w akcie jej stworzenia – ale to nie ja jestem ani Stwórcą, ani Pomysłodawcą. To uczy pewnej pokory, w konkretny sposób ustawia rodzicielstwo, ojcostwo, tak myślę. To dar ale i zadanie (jak każda miłość) – mam swoje dziecko pielęgnować, otaczać troską, kochać… i kiedyś wypuścić w świat. W perspektywie chrześcijańskiej zgodzić się na Boży zamysł wobec niej, nawet gdyby był trudny, wymagający.

Nieznajoma stała się bliska

Tak się składa, że te myśli chodzą wokół mojej głowy w bardzo konkretnym momencie. Jakiś czas temu w Warszawie mała, pięcioletnia dziewczynka, wjechała swoim rowerkiem pod koła potężnej betoniarki. Reanimowana na oczach ojca, ostatecznie zakończyła swoje ledwo zaczęte życie. Przeczytałem o tym w Internecie, trochę przypadkiem, gdzieś tam w przelocie – zrobiło się gorzko, smutno, żal, ale później o tym zapomniałem, jak często bywa w takich przypadkach. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że pogrzeb tej dziewczynki, będzie akurat u nas w parafii. Nagle przestała być w moich oczach anonimowa, zyskała imię i nazwisko, twarz rodziców – strzaskanych bólem dla mnie nie do wyobrażenia, ale jednocześnie niesamowicie dzielnych i silnych, gdy mogłem z nimi chwilę porozmawiać, ustalając szczegóły muzyczne uroczystości. Pogrzeb był w zasadzie bardziej pożegnaniem, bo w takich sytuacjach wszystko jest na biało a nie fioletowo, pieśni nie są typowo pogrzebowo, w kościele pełno ludzi, stosy róż. I gdzieś w powietrzu ta nieuchwytna mieszanka bólu z dziękczynieniem, niezrozumienia wobec Boga z chwaleniem Go za życie małej Ali; towarzyszyła nam wszystkim jakaś namacalna wręcz pewność, że ona jest już w niebie, nigdzie indziej (i lepiej) trafić nie mogła. Czyli nie można rozpaczać.

Co tu będę ukrywał, poryczałem się na koniec (jak większość obecnych tam ludzi), bo nie udało się uniknąć dużego ładunku emocjonalnego, i od razu sobie uprzytomniłem, jak mocno trzeba pielęgnować w sobie zaufanie Bogu, od samego początku – aby w takich momentach nie utracić wiary, ale z chrześcijańską radością (kompletnie niezrozumiałą dla niewierzących, wyglądającą raczej na jedną wielką głupotę) oddać Mu życie, które jeszcze tak niedawno przecież nam podarował. Oczywiście to nie chodzi o poczucie jakiegoś ciągłego niepokoju, i budzenia się rano z bojaźnią, bo nigdy nie wiadomo, czy wszyscy razem dożyjemy wieczora. Spokojnie, dbajmy dalej o siebie, módlmy się za siebie, bawmy się, cieszmy, korzystajmy. Ale też miejmy świadomość, że to On decyduje. Historia małej Ali to pewna sytuacja graniczna, na szczęście takie przypadki to raczej rzadkość i wyjątek.


W obliczu śmierci, nawet kogoś obcego, łatwiej szanować życie swoje i swoich bliskich – i motywować się do miłości. Pożegnanie pięcioletniej Ali mocno popchnęło mnie do wdzięczności za moją czteromiesięczną Basię. Takie to są Boże tajemnice. Prawdziwe et-et.

bas2

Wasze dzieci nie są waszą własnością;
są synami i córkami samej mocy życia.
Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
Mieszkają z wami, a mimo wszystko do Was nie należą:
Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee
ponieważ one mają swoje idee.
Możecie dać dom ich ciałom,
ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
którego wy nie możecie odwiedzać
nawet w waszych snach.
Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,
ale nie żądać, by byli podobni do Was,
ponieważ Życie się nie cofa,
ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;
Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.
Poddajcie się z radością rękom Strzelca,
ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,
i łuk, który pozostaje niewzruszony.

Gibran Khalil