Bez pamięci o fundamencie Eucharystii, korzeniu Credo i perspektywy misyjnej wspólnota Kościoła staje się jedną z wielu organizacji tego świata. Jego wyjątkowość, polegająca na „komunii różnorodności”, współistnieniu wielu różnych środowisk pozornie wykluczających się nawzajem, w tych wspólnych wartościach widzi gwarancję trwałości. W czasie kryzysu Kościoła (choćby obecnie w Polsce) jest to szczególnie istotne. Nie chodzi o to, by „pięknie się różnić” – gra idzie o coś znacznie ważniejszego niż miłe wrażenie na zewnątrz.

Artykuł ukazał się w 23. numerze Miesięcznika “Adeste”

Wiele mówi się o dialogu, jaki Kościół prowadzi ze światem, całą ludzkością, z przedstawicielami innych religii (tzw. dialog międzyreligijny), oraz z wyznawcami innych wspólnot chrześcijańskich (tzw. dialog ekumeniczny). Stosunkowo mało mówi się natomiast o dialogu wewnątrz Kościoła katolickiego – najczęściej, niestety, stwierdzając jego brak. Na początku każdego roku, w styczniu, gdy trwa Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, można odnieść wrażenie, że brakuje podobnego namysłu (na wzór troski o zdrowo pojęty ekumenizm) nad jednością katolicką.

Kościół – komunia różnorodności

Wspólnota Kościoła to synteza przeciwności, zbiór paradoksów. Sam Bóg łączy w sobie wiele sprzeczności, nie do objęcia ludzkim rozumem: tajemnica Trójcy Świętej, jednoczesne i pełne bóstwo i człowieczeństwo Chrystusa, dziewicze macierzyństwo Bogarodzicy i tak dalej. Historia Kościoła nie przestaje zadziwiać: łączy Wschód z Zachodem, wypełnia dziedzictwo Jerozolimy nowością Ewangelii, krwią męczenników zasila nowe szeregi wyznawców Chrystusa. Wzorem świętości może być dla katolika zarówno wytrawny teolog-intelektualista, jak i prosty analfabeta, przeżywający w swym sercu czystą wiarę.

Termin „katolicki” wywodzi się najczęściej od greckiego słowa katholikós, co oznacza „powszechny” (powszechność jest zresztą jednym z czterech jego przymiotów, obok jedyności, świętości i apostolskości). Jest mi jednak bliska dokładniejsza etymologia tego wyrazu, podana przez Vittorio Messoriego: katá olon, czyli „według wszystkiego”. Znaczy to, ni mniej, ni więcej, że w Kościele katolickim jest kompletność, et-et (i-i) obejmujące całość każdej rzeczywistości. Włoski dziennikarz pisze tak:

„W gabinecie mam wielkie zdjęcie Bernadetty [Soubirous], które podarował mi rektor sanktuarium. W swojej ubogiej chustce, z różańcem za dwa grosze, nadąsana spogląda na fotografa (tylko przez posłuszeństwo zgadzała się na te sesje). Z zawieszonej na drugiej ścianie słynnej sangwiny, naszkicowanej na żywo przez Jeana Domata, spogląda na mnie młody chłopak, inny Francuz: Blaise Pascal. Uboga prostaczka i fenomenalny naukowiec; mała nowicjuszka, która gdy siostry chciały, by medytowała, odpowiadała: »Ale ja nie umiem medytować!«, oraz autor najgłębszych myśli; prorokini nieznająca nawet katechizmu i badacz otchłani teologii. Ta dwójka reprezentuje dla mnie dwa bieguny katolickiego et-et: u niej wiara jako instynkt i codzienne doświadczenie, u niego – jako ostateczna – odpowiedź rozumu; prości i mądrzy, ubodzy i bogaci, nieznani i sławni – wszyscy zjednoczeni w Credo(A. Tornielli, Dlaczego wierzę. Życie jako dowód wiary. Wywiad z Vittorio Messorim).

Można powiedzieć, że w Kościele jest wszystko, do wyboru, do koloru. Wielość wspólnot, ruchów kościelnych, charyzmatów i tradycji sprawia, że w zasadzie każdy – ze swoją wrażliwością liturgiczną, intelektualną a nawet emocjonalną – może odnaleźć w Kościele swoje miejsce, środowisko. Można różnie stawiać akcenty, ale jednocześnie być razem i inność  drugiej osoby traktować jako wartość (wynikającą z wolności), a nie uporczywy brak jednolitości. Pokusa, żeby wszyscy byli tacy sami, mieli takie same kompetencje (i prawa), nie ma nic wspólnego z communnio Kościoła, jego pierwotną i najpiękniejszą cechą.

Fundament: ołtarz Eucharystii

Symbolika ołtarza, na którym odprawia się Ofiarę Mszy Świętej, jest bogata. Według przepisów liturgicznych powinien on być kamienny, przytwierdzony do podłoża, w czym ma przypominać kamień Golgoty. W temacie jedności wewnątrz Kościoła to tym bardziej obrazowe, że zwraca uwagę na trwały, silny i niemożliwy do oderwania fundament: Jezusa Chrystusa, z którym spotykamy się na Eucharystii. Kardynał Ratzinger tak pisał w 1982 roku: „Punktem konstrukcyjnym najstarszej eklezjologii jest eucharystyczne zgromadzenie – Kościół jako communio. Stąd pochodzi nie tylko specyficzne dla całej jego struktury przenikanie się jedności i wielości, ale jest także fundament jedności Chrystusa i Kościoła, który uniemożliwia rozdzielenie widzialnego Kościoła od Kościoła Ducha, Kościoła jako organizacji i Kościoła jako misterium: Kościół jest konkretną communio, która poza tym nigdzie nie istnieje.” (J. Ratzinger, Theologische Prinzipienlehre, Monachium 1982, s. 266–267, [cyt. za:] J. Morawa, Eklezjologia »communio eucharistica« Josepha Ratzingera, „Teofil” 1 (2008), s. 103.)

Dla mnie osobiście to największe poczucie kościelnego „bezpieczeństwa”: widzę wielu katolików mających różne ode mnie poglądy polityczne, społeczne, a nawet teologiczne, z wieloma z nich mogę się na różne tematy spierać (czasami ostro), ale gdy spotykamy się wokół ołtarza Chrystusa, wszystko to przestaje mieć znaczenie, jesteśmy wspólnotą, mamy wspólny korzeń, fundament, który nas jednoczy. To jeszcze bardziej uwidacznia się w przypadku duchownych: księża piszą artykuły, wypowiadają się w mediach, na portalach społecznościowych, piszą do różnych redakcji na co dzień niemal się zwalczających i nie mających prawie w ogóle punktów stycznych, ale spotykają się przy ołtarzu, koncelebrują Eucharystię i przekazują sobie wzajemnie Jezusowy znak pokoju.

Eucharystia nas wyróżnia spośród wszystkich innych wspólnot na świecie – bez niej Kościół byłby jedną z wielu instytucji/organizacji, do tego wewnętrznie podzieloną i wewnętrznie skłóconą. Wspólnota ołtarza scala nas w jedno tajemnicą Ofiary i Uczty. Dlatego, przy okazji wielu różnych dyskusji wewnątrz Kościoła, głównie publicystycznych (a tym bardziej, gdy dochodzi do rzeczywistego spotkania się, np. na jakiejś konferencji naukowej, panelu dyskusyjnym itp.) brakuje nieraz skoncentrowania się na wspólnie celebrowanej Mszy Świętej, jako na zworniku jedności katolików.

Korzeń: Credo i jego granice

Drugą klamrą, która spaja różne środowiska wewnątrz Kościoła, jest wierność Prawu Bożemu, przypominanemu i wyjaśnianemu przez Magisterium Kościoła. Tutaj sprawa się nieco komplikuje, bo od kilku dekad mamy do czynienia z nasilającym się zjawiskiem wykorzystywania autorytetu kościelnego (np. papieża lub biskupa) do usprawiedliwiania swoich poglądów, niekoniecznie zbieżnych w pełni z Tradycją Kościoła lub wręcz  sprzecznych z przekazem Pisma Świętego.

Zwykle różne dylematy katolików powinny skupiać się na pytaniu: „jak?”, a nie: „czy?” – np.: „jak dobrze i skutecznie bronić wartości życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci?”, a nie „czy w pewnych przypadkach usprawiedliwiać zabicie nienarodzonego dziecka?”; „jak mądrze i kompleksowo pomagać potrzebującym, cierpiącym, emigrantom itp.?”, a nie „czy pomagać?”.

Ważne są również granice, ich rodzaj oraz hierarchia ważności spraw. Bez świadomości granic, których nigdy, w żadnych okolicznościach nie można przekroczyć, dyskusja może wymknąć się poza ramy ortodoksji i podryfować w kierunku jałowego sporu, na który raczej szkoda czasu. Takimi granicami są np. wspomniana świętość życia ludzkiego (wynikająca z Dekalogu), nierozerwalność małżeńska albo kwestia święceń kapłańskich, zarezerwowanych w Kościele katolickim jedynie dla mężczyzn (wynikająca z Tradycji i autorytatywnego nauczania papieskiego). Istnieją również granice, których źródło leży w dyscyplinie, zwyczaju kościelnym albo aktualnych potrzebach, o których można twórczo dyskutować i przyjmować, że w pewnym momencie mogą być zniesione lub przesunięte. Będzie to na przykład kwestia celibatu duchownych, konkretne przepisy liturgiczne, styl sprawowania funkcji kapłańskiej lub biskupiej itd. – uporczywe trzymanie się dotychczasowych rozwiązań w tego typu tematach i deprecjonowanie drugiej strony debaty wewnątrz Kościoła za to, że ośmiela się podważać rzekomo niezmienne ustalenia, są z pewnością nieuczciwe i nieewangeliczne.

Żeby urobić katolików

Pamiętajmy, że Jezus dał nam przykazanie miłości, a nie przykazanie przyjaźni – czyli nie mamy obowiązku się lubić, ale mamy obowiązek się kochać. W czasach większego lub mniejszego kryzysu jest to wezwanie do większej solidarności, wzajemnego wsparcia, szacunku i „kibicowania” współbraciom zwłaszcza wtedy, gdy przychodzą ataki z zewnątrz wspólnoty Kościoła. W takich okolicznościach dialog między katolikami musi jeszcze silniej opierać się na Eucharystii i Credo, a poza tym musi mu towarzyszyć troska o misyjność Kościoła, o wzmacnianie katolików szczególnie zagubionych lub zasmuconych zewnętrznymi okolicznościami.

Papież Paweł VI w encyklice Ecclessiam Suam z roku 1964 napisał o tym w ten sposób:

„Na koniec nasz dialog kieruje się ku synom, będącym w domu Bożym, to jest w jednym, świętem i apostolskim Kościele, którego Kościół Rzymski jest »matką i głową«. Jakżebyśmy chcieli, ażeby taką rodzinną rozmowę cechowała pełnia wiary, miłości oraz dobrych uczynków. Jak bardzo pragniemy, żeby była częsta i zażyła. Żeby była na oścież otwarta na wszystkie prawdy, wszystkie cnoty i wszystkie duchowe dobra, zawarte w dziedzictwie chrześcijańskiej nauki. Żeby była szczera, a zarazem znajdowała podnietę w rzetelnej pobożności. Ogromnie skora do wysłuchiwania przeróżnych głosów współczesnych nam ludzi. I wreszcie tak przydatna do urobienia katolików na ludzi na wskroś dobrych, rozważnych, wolnych, zrównoważonych i mężnych” (nr 113).

Jest popularne powiedzenie, że można się pięknie różnić. W Kościele chodzi o coś więcej: nie o zewnętrzne oznaki kultury, dobrego wychowania i przyjemnego usposobienia. Jak najbardziej możemy się między sobą kłócić, nawet ostro spierać, szczególnie o rzeczy najważniejsze. Jednak świadomość wspólnoty ducha i przynależności do niebieskiej ojczyzny, trwalszej niż wszystkie inne więzy na ziemi, w pewien sposób zmusza nas do miłosiernego patrzenia na drugiego jak na współbrata, nawet gdy po ludzku działa nam mocno na nerwy.

Gdy jakąś rodzinę spotyka czas kryzysu, zachwiania się choćby zewnętrznych oznak ładu, trwałości i bezpieczeństwa, to pomimo naturalnych różnic między poszczególnymi członkami cała rodzina podświadomie stara się być razem, pamiętać o tym, co najważniejsze i istotne, wspierać się wzajemnie. Podobnie jest z państwem w czasie wojny i istniejącymi wewnątrz niego różnymi stronnictwami politycznymi. Czy analogicznie w Kościele również o tym pamiętamy? W końcu jesteśmy rodziną dzieci Bożych. 

Artykuł ukazał się w 23. numerze Miesięcznika “Adeste”