Czytamy sobie #3, czyli „Księgi Jakubowe”

Niedługo minie rok odkąd zaczęłam czytać książkę Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”. W międzyczasie książka stała się głośna, otrzymała nagrodę Nike i wywołała wiele okrzyków zachwytu. Ja przez ten czas dla własnego zdrowia psychicznego przeczytałam kilkanaście innych książek, rezygnowałam z niej i znów powracałam. Być może opasłość nieco tłumaczy zmęczenie materiału, jednak przebrnęłam już przez niejedno cegliszcze znacznie sprawniej. Więc o co chodzi?

Dłubanina historyczna, jakiej dokonała autorka imponuje rozmachem. Powieść jest wielowątkowa, zagmatwana w czasie i przestrzeni, przenosi nas nawet w inny wymiar życia, czym zbliża tekst do literatury pięknej odrywając się od historycznego tła. „Księgi Jakubowe” to przede wszystkim bogactwo połączonych żywiołów codzienności i światowej polityki. Czytając tę książkę czuje się zapach ludzi, zwierząt, miejsc, chorób – często niezbyt przyjemny. Dotyka się materiałów, ludzkiej skóry, ścian, roślin. Smakuje się potraw, napojów, lekarstw, tytoniu. Nasze zmysły mogą nam jednak w tej książce spłatać figla, bo przez przyjęcie magicznego sposobu narracji widzimy i słyszymy znacznie więcej niż jest w mocy zwykłego człowieka. Takie literackie czary.

Jeśli jednak marzy się nam porywająca podróż przez XVIII-wieczną Europę niczym z Harrym Potterem, to „Księgi Jakubowe” winny być ostatnią książką, po którą moglibyśmy sięgnąć. Moim zdaniem drobiazgowość i wielowątkowość zabijają fabułę tej książki. Podczas czytania wielokrotnie zastanawiałam się, co w tej historii urzekło autorkę, że wykonała tak tytaniczną pracę. Rozumiem charyzmatyczną osobowość Jakuba Franka i fenomen sekty, którą wokół siebie stworzył, jednak otoczka realiów życia codziennego i wielkiej polityki toczącej się wokół wydaje się znacznie ciekawsza od fabuły bazowej. Takie połączenie sprawia, że książka rozrosła się do przesadnych rozmiarów, a tempo opowieści nie sprzyja płynności czytania. Oczywiście rozumiem, że nie każdą książkę trzeba przeczytać jednym tchem, ale kiedy czyta się miesiącami opowieść, która toczy się leniwie niczym żywot parobka, to naturalnym odruchem obronnym jest nuda.

Jednak przeczytałam, poświęciłam na to trochę czasu. Czy warto było? Niewątpliwie w tej opowieści uwiodło mnie piękno języka, którym autorka oplata nas niepostrzeżenie, subtelnie, czasem zaś brutalnie i wulgarnie. Łączy benedyktyńską pracę nad źródłami historycznymi z kilkoma świetnymi pomysłami fabularnymi, co w trakcie czytania powodowało kompletną dezorientację, a ostatecznie połączyło się w piękną, twórczą literaturę. Przydaje się tutaj klamra spajająca wszystkie warstwy aż do współczesności, którą autorka uzupełnia jeszcze na koniec krótkim (o dziwo!) komentarzem około warsztatowym.

W całej tej historii zastanawia mnie jedynie poprowadzenie wątków związanych z życiem seksualnym członków sekty frankistów, wywodzących się przecież z wyznawców polskich odłamów judaizmu. A jest to niezwykle rozbudowany element całej powieści. Czasem odnosiłam wrażenie jakbym miała do czynienia z jakimś nurtem hippisowskim w wersji barokowej. Biorąc pod uwagę drobiazgowość autorki, nie moglibyśmy się obyć bez szczegółów: kto z kim, gdzie i ile razy, a także wersji zespołowej. Włącznie ze szczegółami fizjologicznymi. W trakcie lektury zagubiłam niestety sens tych „momentów” i przypominało mi się zadziwienie mojego polonisty z czasów liceum, który zastanawiał się skąd przy ówczesnym stanie higieny brała się tak potężna fascynacja seksem. Zapewne wiele zależy od wrażliwości czytelnika, dla mnie po prostu są to epizody zbędne (czasem dość obrzydliwe).

Muszę też przyznać, że bez wsparcia internetowych źródeł wiedzy ta książka byłaby niezdatna do czytania. Książka nie należy do tekstów naukowych, jednak posługuje się tak wieloma specjalistycznymi określeniami (szczególnie związanych z różnymi odmianami judaizmu), że momentami stawała się dla mnie niezrozumiałym bełkotem i dla zachowania ciągłości akcji szybko wyszukiwałam choćby uproszczonego wyjaśnienia używanych pojęć. W książce przypisów brak i jak się okazało jest to świadomy zabieg autorki.

„Księgi Jakubowe” mnie wymęczyły, wymordowały, tym bardziej, że moja lektura wypada zwykle w porze wieczornej. Jednak nie da się zaprzeczyć, że pod względem historycznym, językowym, ale też wydawniczym jest to perełka. Dopracowana, dopieszczona, uzupełniona pięknymi rycinami, mapami, rękopisami. Warto po nią sięgnąć, aby sprawdzić czy taka literatura to nasz żywioł i w razie czego z czystym sumieniem odstawić na półkę.