Chyba nie taki był zamysł reżysera i pozostałych twórców filmu. Wyszedłem bowiem z kina nie zgorszony, tylko poruszony. Nie zasmucony, ale z jednego powodu nawet wzruszony. Nie z osłabioną wiarą, ale zmobilizowany do większej modlitwy. Nie ogarnięty przesłaniem panświnizmu, tylko zachęcony do bycia lepszym człowiekiem. I jeśli byłem zły, to nie na producentów, co raczej na spanikowanych recenzentów – zwłaszcza tych, którzy filmu nie widzieli – ostrzegających, że „Kler” Wojciecha Smarzowskiego dokona we mnie duchowego spustoszenia, że to obrzydliwy paszkwil i antyklerykalna szydera na miarę najgorszych wzorców z historii, a samo pójście do kina to przyłączenie się do bezpardonowego ataku na Kościół, skok na główkę do szamba, i oczywiście grzech śmiertelny. Co za brednie!

Tekst zawiera “spoilery”!

Czy „Kler” to film dobry? Tak, tak uważam, i postaram się to uzasadnić. Czy wybitny? Nie, widziałem w nim sporo braków, co też wypunktuję na koniec. Czy mam coś do zarzucenia twórcom filmu? Jak najbardziej, w kilku momentach odczułem zażenowanie połączone z wewnętrznym pytaniem „yyy… serio?” (takie, jakie się odczuwa przy okazji dennego kabareciarza, który powiedział wyjątkowo beznadziejny żart i błyszczy uśmiechem zadowolenia) – ale w gruncie rzeczy bilans wyszedł mi na plus. W skali od jednego do dziesięciu dam… mocne 6.

Trzęsienie ziemi

„Kler” to oczywiście nie jest kwestia samego tylko filmu pod tym tytułem – ale również wszystkiego, co działo się wokół niego. Od momentu zaprezentowania prowokacyjnego zwiastunu, przez kilka tygodni temat narastał, a dni wokół premiery to istne szaleństwo. Niezliczone felietony, artykuły, recenzje, oddolne inicjatywy z wielu stron, dyskusje, komentarze… zanim ktokolwiek obejrzał sam film, poddano go wnikliwej analizie i odbyto o niego gorące kłótnie.

Twórcy filmu oczywiście zacierają ręce, bo o takiej samonakręcającej się kampanii reklamowej inni mogliby tylko pomarzyć. Wymierny zysk obecności „Kleru” w mediach, internecie, prasie, to zysk liczony w grubych milionach. Bez wątpienia decydującym czynnikiem jest jego tematyka i budowanie przekonania, że oto ujawniona została jakaś prawda o Kościele, zwłaszcza o tytułowym klerze, jego obłuda, wyrachowanie, pazerność, hipokryzja i tak dalej.

Gdy ukazał się głośny trailer, w różnych rozmowach i komentarzach wyrażałem przekonanie, że bardzo wiele zależy od nas, katolików, jak ten film zostanie odebrany i czy coś „zrobi” w Kościele i w ogóle wśród ludzi, wierzących i niewierzących. Z zastrzeżeniem, żeby pamiętać, że to tylko zwiastun, czyli w zamierzeniu skondensowany skrót, który ma do filmu zachęcić, pokazać jego „mięso”, najciekawsze i prowokacyjne fragmenty – a sam film może się okazać zupełnie inny (co zresztą się potwierdziło). Z samego zwiastunu można było wywnioskować, o czym ten film będzie, krótko mówiąc: o grzechach duchowieństwa, coś w rodzaju „Drogówki” w sutannach.

W związku z tym można było przewidzieć to, co wydarzy się przy okazji premiery „Kleru”: antyklerykałowie będą mieć używanie i pokażą go jako och, no wreszcie, ostateczną prawdę o Kościele katolickim, teraz na pewno wszyscy przejrzą na oczy i zobaczą jaka to zakłamana instytucja, media zorientowane bardziej na lewo wezwą do „dyskusji o Kościele”, nie mając często pojęcia, o czym mówią, przy okazji Kościół zbierze cięgi za całe zło tego świata, na czele z pedofilią. Czyli trochę zieeeeeew, bo takie wzmożenie pojawia się w Polsce co jakiś czas, z mniejszym lub większym natężeniem (inspiracjami był np. Ruch Palikota i antyklerykalizm posmoleński, później Czarne Marsze itp., teraz film Smarzowskiego). I co? I nic. Nie przemogą, chciałoby się dodać.

Pikanterii dodały oczywiście takie prowokacje, jak ostry plakat Pągowskiego (głupi, co trzeba przyznać) i wywiady z twórcami i aktorami z filmu, na czele z reżyserem, który nie kryje swojego oddalenia od Kościoła, plecie jakieś farmazony o religii w szkole, zalewie klerykalizmu nad Wisłą i różne tego typu lamenty, znane z wypowiedzi mało mądrych celebrytów. Pojawienie się Jerzego Urbana na uroczystej premierze było tylko swoistą wisienką na torcie.

Kij przejechał po klatce

Jak na to wszystko (zaznaczmy, jeszcze przed wejściem „Kleru” na ekrany!) zareagowali katolicy? Otóż gorzej, niż można się było nawet spodziewać – i chyba przekraczając najśmielsze oczekiwania producentów rzeczonego filmu. Przejechano kijem po klatce z małpami i sprowokowano do, a jakże, gniewu i paniki, momentami sprawiającej wrażenie histerycznej palpitacji. Część katolików przyłączyła się więc do promocji „Kleru”, chcąc nie chcąc napompowała jego znaczenie, przedstawiając go jako film niezwykle ważny, istotny, będący częścią przebiegłego i genialnie skonstruowanego ataku na Kościół, planu iście diabelskiego, niezwykle groźnego, tak tak, dokładnie te same metody co komuniści i tak dalej. No, nie wiem, domyślam się, że komuniści rzeczywiście ożywili się z sentymentem po zwiastunie „Kleru”, ale po obejrzeniu samego filmu byli raczej nie do końca usatysfakcjonowani. Ale o tym za chwilę.

„Najkatoliczcy z katolików” zorganizowali swoistą krucjatę przeciwko temu „obrazoburczemu” filmowi (przypomniały mi się protesty przeciwko filmowi „Ksiądz” z 1994 roku), waląc z najcięższych dział. Ktoś, kto już film widział, podzielił się swoimi krytycznymi uwagami, na tej podstawie zbudowano całościowy, spójny, osąd: film jest ewidentnie zły, szkodliwy, stanowi nagonkę na Kościół, atak na wiarę, na Boga, na polskość, absolutnie nie wolno na niego iść, pod karą zaciągnięcia poważnego grzechu. I oczywiście crème de la crème, czyli moja nagroda Dzbanów Roku dla radnych Ostrołęki (i innych miast, które poszły tym śladem), zakazujących wyświetlania tego „skandalicznego” filmu w lokalnym kinie. Jestem przekonany, że niewiarygodny sukces frekwencyjny „Kleru”, policzony po pierwszym weekendzie od premiery, jest skutkiem – w znacznej mierze – takich właśnie idiotycznych decyzji.

Uważam, że oburzenie, które czasami przybrało rozmiary niemal furii, to strzelanie z armaty do wróbla i wystawianie się na śmieszność. Moralny szantaż i wywoływanie jakiegoś poczucia winy z samego faktu obejrzenia tego filmu w kinie (szczególnie przez katolików), nie mówiąc już o wyrażeniu innej opinii niż potępiająca, jest żałosne i zwyczajnie nieuczciwe. A brnięcie w ocenianie i analizowanie tego obrazu oraz krytykowanie możliwości jego oceny przez innych bez uprzedniego obejrzenia filmu – jest zwyczajnie głupie, i tyle (podobnie jak odkrywanie Ameryki przez zdemaskowanie oszałamiającego, cwanie skrywanego aż dotąd faktu, że pójście na film powoduje przypływ pieniędzy dla jego twórców).

Film sam w sobie

Ale, dobrze, zostawmy otoczkę. Teraz trochę o samym filmie, bo ja go oddzielam od otoczki. Oczywiście okazało się, że o ile zwiastun to intensywna mieszanka różnych prowokacyjnych scen, sugerujących koncentrację księży i biskupów wokół, na zmianę: alkoholu, przekleństw, pieniędzy i seksu – o tyle film nie był (na szczęście) przedłużeniem takiego ciągu i czymś w rodzaju fabularnej wersji prymitywnych antyklerykalnych „kabaretów”. I na pewno nie była to „Drogówka” w sutannach. Zobaczyłem spójną historię, nieźle skonstruowany scenariusz, grę aktorską na najwyższym poziomie (Gajos! Więckiewicz! Jakubiak!), poprowadzenie fabuły tak, że naprawdę wciągała, intrygowała. I przede wszystkim: zobaczyłem autentyczny dramat człowieka – konkretnego człowieka, kapłana.

Owszem, tym filmem posługują się przeróżni wrogowie Kościoła, jako pretekstem – ale używają trochę na ślepo, bo ten film nie uderza w Kościół. Sam reżyser mógł mieć nawet takie intencje, żeby w Kościół uderzyć – ale, jakby to powiedzieć, nie wyszło mu. Nie uderzył. Jeśli uderzył, to w patologię (której istnienia przecież nikt nie neguje), w mechanizmy władzy, które w Kościele jak najbardziej mogą się rozhulać na całego. Ale przede wszystkim, chcąc nie chcąc, pokazał jedno: prawdę, że dramat, upadek, a w konsekwencji krzywda wobec innych dzieje się ze strony ludzi Kościoła wtedy, gdy nie ma w nich wiary. Niewierzący praktykujący – to jest coś, co jest podstawowym problemem Kościoła, nic innego.

Światełko w ciemności

To nieprawda, że ten film nie niesie ze sobą żadnego przesłania, żadnego dobra, jest bezwartościowy. Historia dwóch księży: Kukuły (Jakubik) i Trybusa (Więckiewicz) jest naprawdę poruszająca. Świetnie pokazany mechanizm uwikłania, czy to we własną, nieuporządkowaną historię, czy to w nałogi. Pokazany brak rzeczywistej wspólnoty kapłańskiej, w której miejsce wchodzi funkcjonowanie „świeckiego księdza”, nie radzącego sobie z samotnością, ze swoimi słabościami, z wiarą. Ostatecznie jednak w tej ciemności zapala się jakaś iskra dobra, widać mimo wszystko pewną przemianę, jaka zachodzi w tych dwóch bohaterach. Kukuła zdobywa się na odwagę przełamania zmowy milczenia i opowiedzenia wiernym o historii swojego życia, a Trybus przyznaje się do spowodowania wypadku pod wpływem alkoholu i chce ponieść jego konsekwencję, wreszcie: choć z początku nakazuje swojej kochance zabić ich poczęte dziecko, to później zmienia tę decyzję (scena pod kliniką, gdzie Hanka miała dokonać aborcji, szczerze mnie wzruszyła) i bierze odpowiedzialność za rodzinę – w imię prawa naturalnego.

Owszem, to nie jest dobro jaśniejące i widoczne w pełni – bo przykryte znaczną warstwą brudu, grzechu, nieprawości. Ale Bóg potrafi i tam dotrzeć, jeśli się mu na to pozwoli, a te dwie postaci, miałem wrażenie, w niewypowiedziany na ekranie sposób Go do tego zaprosili. To nie jest happy end: jeden porzuca kapłaństwo (ale czy nie jest to wyraz pewnej odwagi, czy nie łatwiej i wygodniej byłoby nadal być księdzem, a mieć ukrywaną rodzinę na boku? nic nowego…), ale przecież to nie przekreśla całego jego dalszego życia, natomiast drugi ewidentnie sobie nie radzi i w końcowej scenie… wiemy dobrze co robi, ale pomijam w tym miejscu kwestię zakończenia filmu, w każdym razie ewidentnie jest to przykład tragedii człowieka pozostawionego samego sobie, z nieprzepracowanym problemem, który zaowocował krzywdą wobec innych.

Nie stracić wiary, nie zagubić Boga ze swojego horyzontu. Zadbać o swoją dyscyplinę. Pielęgnować przyjaźnie, które mogą przyjść z pomocą w momencie kryzysu. To nie są recepty tylko dla kapłanów – to są przestrogi i wskazówki dla każdego z nas.

„Worek, korek i rozporek”, czyli nic nowego

Film jest mocny, utrzymany w poetyce Smarzowskiego, momentami brutalny. Oczywiście przerysowany, będący w pewien sposób karykaturą rzeczywistości, a nie jakimś obiektywnym obrazem. Skumulowanie w, powiedzmy, czterech głównych bohaterach wszystkich patologii, jakie przytrafiają się na marginesie polskiego duchowieństwa siłą rzeczy tworzy coś w rodzaju krzywego zwierciadła. Wyolbrzymienie, hiperbola – to się rzuca w oczy, aż nadto. Jednak nie wydaje mi się, żeby ten film miał być zagrożeniem dla Kościoła, albo dla czyjejś wiary, duchowości. Człowiek wierzący, tym bardziej jeśli w jakiś sposób zaangażowany w życie Kościoła poczuje się jak na jakimś science-fiction, bo prawdziwe życie katolickie dzieje się kompletnie gdzie indziej, w zupełnie innych proporcjach, z innymi akcentami. Oczywiście, jeśli ktoś jest bardziej wrażliwy (na przemoc, na brud, na mocne sceny, na ludzką krzywdę itd.) – to po prostu nie ogląda takich filmów, o obojętnie jakiej tematyce.

Natomiast niewierzący, a tym bardziej antyklerykałowie… cóż, z jednej strony nic nowego się nie dowiedzą, ponad to co opowiada się na co drugich imieninach, grillach, weselach i wódce z kumplami, a z drugiej: mogą się trochę rozczarować, że w gruncie rzeczy te klechy to czasami są całkiem ludzcy, mają swoje słabości jak my wszyscy, nie radzą sobie z nimi tak jak i my. No, nie za bardzo jest jak czymś takim w Kościół uderzyć. A ludzie letni? Czy nie zaczną patrzeć z większą wrogością na księży, czy nie wzrośnie fala agresji na Kościół? Nie, nie zgadzam się z takimi przewidywaniami. Tak samo, jak nie wzrosła fala agresji na policjantów po „Drogówce” i na jakąkolwiek grupę społeczną po filmie, pokazującym ich patologie. Każdy zostanie przy swoim, dlatego nie ma co dalej nadawać „Klerowi” większego znaczenia, niż na to zasługuje.

Minusy filmu

Na koniec wypunktuję to, co mi przeszkadzało w samym filmie – bo określiłem go jako „dobry”, choć uważam, że na pewno mógłby być lepszy, a poniższe wady obniżyły moją końcową ocenę:

  • Proporcja ukazanego zła wobec dobra (zdecydowana przewaga tego pierwszego) powoduje pewną sztuczność. Przecież każdy dobrze wie, że nie wszyscy księża są tacy, jak w tym filmie. Sam tytuł sugeruje, że kler po prostu, w swojej sumie, taki jest – choć z drugiej strony słowo „kler” ma chyba w języku polskim pewne negatywne nacechowanie, jeśli ktoś mówi „kler”, to zazwyczaj pogardliwie, inaczej niż np. używając słowa „duchowieństwo” lub innego.
  • Biskup Mordowicz (to nazwisko…) i w całe kuria. To już pojechane na całego. Janusz Gajos gra oczywiście rewelacyjnie, ale ta postać jest tak przerysowana, tak wyolbrzymiona, że ktoś, kto zna bliżej Kościół po prostu WIE, że to bardzo grubymi nićmi szyte – a przez to znów niewiarygodne. Nawet gdyby upatrywać w nim podobieństwa… a, mniejsza o nazwiska, ale ukazanie totalnie wyprutego z jakiejkolwiek duchowości pasterza Kościoła, otoczonego zgrają cynicznych urzędników-przydupasów, trzymającego polityków na smyczy, wydającego rozkazy prezydentowi etc… tak po prostu nie jest. A rzucający się w oczy symboliczny bentley, samochód, w którym założę się że żaden polski biskup ani prawdopodobnie w ogóle jakikolwiek polski duchowny nawet nie siedział – to kwintesencja tej parodii.
  • Utarte klisze, ciągłe kalki, stereotypy, dialogi rodem z antyklerykalnych dowcipów i gazetek, często wprost pochodzące ze zmanipulowanych historii z udziałem największego zła wcielonego Polskiego Kościoła, czyli o. Rydzyka… sceny napakowanych nacjonalistycznych łysych drabów, hailujących w salce parafialnej pod okiem księdza narodowca, to wszystko takie… no, mało oryginalne, nudne.
  • Przynajmniej jeden ewidentny błąd warsztatowy, drodzy państwo scenografowie, czy inni realizatorzy na planie: jeśli już musieliście jechać do Czech, bo w Polsce w żadnym kościele nie pozwolono wam na kręcenie scen, to mogliście chociaż zadbać, żeby nie było widać, że uliczka przed kościołem ma czeskie, a nie polskie znaki drogowe. Taki drobny szczegół, ale zaskoczył mnie niedbałością.
  • Siostry zakonne – potraktowane bez żadnej litości, gorzej niż tytułowy kler. O ile w postaciach niektórych księży można było znaleźć jakąś nadzieję (choćby w młodym wikariuszu), o tyle zakonnice to po prostu potwory w habitach, perfidne sadystki, zadające okrucieństwo kolejnym pokoleniom niewinnych dzieci. A to akurat jeszcze mniejszy promil marginesu, niż księża alkoholicy, złodzieje i erotomani. Zwyczajnie nieuczciwe, niepotrzebne.
  • Postać księdza Bogdana, dawnego proboszcza Kukuły i brutalnego pedofila, sprawcy jego krzywdy, która zaowocowała po latach. W pewnym momencie, w jakiejś reminiscencji, ten ksiądz zaczyna przypominać ks. Jerzego Popiełuszkę, jest wprost pokazany jako celebrans mszy za ojczyznę w stanie wojennym, nawet aparycja jest dość zbliżona… To tak naprawdę jedyne, rzeczywiste miejsce gdy poczułem gniew na twórców filmu, bo to było kompletnie niepotrzebne fabularnie, a wyjątkowo podłe, według najgorszych wzorców Urbana i spółki. Obrzydliwe.
  • Ostatnia, finałowa scena podczas mszy polowej. Wszystko tak nienaturalne, nierzeczywiste (znów specyficznie pokazane dwie młode zakonnice… po co to?), z jakąś zagmatwaną symboliką, której zwyczajnie nie zrozumiałem. O ile samospalenie jest dość czytelne, to ten trójkąt ułożony z ludzi… Kompletnie to do mnie nie przemówiło. Szkoda, można było ten film zamknąć jakimś sensownym zakończeniem, tymczasem miałem wrażenie, że ostatnie kilkanaście minut to coraz większa nachalność, koślawy moralitet, na siłę udowadnianie zepsucia tego wszystkiego, nie, nie ma żadnego dobra, jeśli ktoś chce się uratować, to niech z tego Kościoła ucieka czym prędzej. Słabe, słabe…

„Kler” to film dobry, choć mógł być lepszy. Mógł być czymś w rodzaju filmowej wersji historii księdza Grosera, bohatera książek Jana Grzegorczyka. Te książki również były na swój sposób szokujące, prowokujące – ale nie tak jednostronne, karykaturalne. Pokazywały i grzechy księży, i ich dobro. Widać w nich było szukanie świętości, a jednocześnie dotknięcie prawdziwych problemów Kościoła, widzianych z jego wnętrza, a nie tak zupełnie z zewnątrz. Cóż, tutaj widać choćby różnicę motywacji jednego i drugiego twórcy.

Mam nadzieję, że taki film powstanie, bo bardzo by się przydał. „Kler” Smarzowskiego byłby bardzo dobrym filmem, gdyby wprowadził więcej rzeczywistej, wiarygodnej równowagi, oraz był pozbawiony tych irytujących błędów, o których wspomniałem pod koniec. Ale i tak warto go zobaczyć – choćby ku przestrodze.

“Ktoś z młodych ludzi mówi do mnie: proszę księdza biskupa, ale na ten film Pan Jezus by na pewno nie poszedł. Ja mówię: tak, Pan Jezus nie musi na ten film iść, dlatego, że Pan Jezus ma znacznie trudniejszą sytuację, On musi to nieraz oglądać.” (bp Andrzej Czaja)