Długo nie było przeglądu tygodnia – ale pozwolę sobie zasłonić się wewnętrznym prawem tego bloga do całkowitej swobody w regularności publikacji. Jeśli są tacy, co czekali, to przepraszam ich za nadużywanie cierpliwości…

Od Wielkanocy do dzisiejszej niedzieli działo się tyle, że można by oddzielne artykuły tworzyć (co zresztą również mi się zdarzyło). Ostatni tydzień to jednak:

DZIEŃ DZIECKA

Międzynarodowy Dzień Dziecka (obchodzony w Polsce 1 czerwca) to dobra okazja, żeby podziękować Bogu za swoje dzieci, zastanowić się nieco głębiej nad ich życiem, wychowaniem, potrzebami… Jednak z Dniem Dziecka jest trochę jak z rocznicą ślubu: jeśli mąż będzie myślał o żonie tylko w ten jeden dzień w roku, to kompletnie bez sensu, bo on jest po to, żeby świętować kolejny rok codziennego wzrastania w miłości, uczenia się siebie nawzajem itd. – tak samo rodzic nie powinien myśleć o swoich pociechach jedynie 1 czerwca, wykorzystując wszystkie siły i środki na masę prezentów i atrakcji (choć to też potrzebne i warto od czasu do czasu porozpieszczać szkraby). Dobrze, jeśli dzieci czują się kochane i doceniane każdego dnia, a Dzień Dziecka to tylko jedna z kilku słodkich wisienek na torcie (tak jak urodziny, Boże Narodzenie etc.), nadających całemu ich życiu blasku i radości.

Nasz obecny stan to dwójka potomstwa w niebie (liczę, że wspierają nas nieustannie), oraz – tadam tadam! – dwie wystrzałowe, przeurocze, urzekające, jedyne w swoim rodzaju, pierwszej klasy dziewczynki, absolutnie wyjątkowe (jak mogę inaczej twierdzić, jako ich tata?) i najlepsze na świecie: Barbara (4 lata i 3 miesiące) i Jadwiga (2 lata i 7 miesięcy). Życie moje i mojej żony dzieli na się na trzy ery: przed ślubem, po ślubie, po narodzeniu pierworodnej. Chłoniemy je każdego dnia i jesteśmy pełni zachwytu, skąd to to się wzięło, takie właśnie – choć po części podobne do nas, czasami jak dwie krople wody, to nieustannie zaskakujące, rozśmieszające, fenomenalne. Nawiasem mówiąc, stąd wynika w znacznej mierze zaniedbanie naszego blogowania: świadomie poświęcamy tyle czasu tym dwóm skarbom, ile możemy – nie zawsze to jest błoga sielanka, w zasadzie… prawie w ogóle nie jest, ale przecież na tym polega miłość, ta najprawdziwsza, żeby tracić siebie dla kogoś drugiego, tracić czas, nerwy, spokój, wygodę, siły, sen, zdrowie… Ale ile dostaje się w zamian!

Moja podstawowa zasada ojcowska brzmi: ONA NIGDY NIE BĘDZIE JUŻ TAKA MAŁA – to się potwierdza każdego dnia, każdego miesiąca.

Niezwykłe jest to, jak dwie siostry mogą być tak różne od siebie: wyglądem, charakterem, temperamentem. Tutaj: na zakończenie BIEGU PRZEDSZKOLAKA w Piastowie (2019).

Jakie to niezwykłe szczęście nas spotkało, jak pusto byłoby bez nich! Dzień Dziecka to w pewien sposób również Dzień Rodzica – okazja do cieszenia się z tego niezwykłego, boskiego daru ojcostwa i macierzyństwa.

DISNEYLAND LGBT

Dziegciem tego wpisu będzie to, jak gorzko wygląda zabieranie przez współczesny „świat” prawdziwego dzieciństwa. Symbolicznym wydarzeniem była impreza „Magical Pride” – parada w klimacie LGBTQ+, zorganizowana 1 czerwca bieżącego roku w paryskim Disneylandzie. To przerażające i niezwykle smutne, jak ideolodzy chorego i obrzydliwego „postępu” coraz śmielej próbują oddziaływać na jak najmłodsze dzieci (przypomnijmy sobie, z naszego podwórka, pomysły „edukatorów seksualnych” w szkołach i przedszkolach), i to w miejscu uważanym dotąd za symbol wspaniałego, beztroskiego dziecięcego świata. Sam się wychowałem na kilku filmach Disneya i niektóre sceny zapadły mi na całe życie – to były dobre, legendarne produkcje, piękne, czyste, wartościowe, nawiązujące do tradycji naszej cywilizacji. Teraz już nawet takie miejsca nie są z zasady bezpieczne.

Nie tylko zresztą miejsca: aktywiści LGBT ubolewają, że filmy Disneya (wciąż dla wielu osób wyznacznik zachowań, porządku świata, ogólnych norm) są ciągle za mało „różnorodne”, nie pojawia się w nich termin „gej” i tym podobne. Co chwila słyszymy o różnych pomysłach „tęczowych” udoskonaleń bajek dla dzieci, niektóre z nich już zaczynają przekazywać tę ideologię.

Na dokładkę: korporacja Disneya (zdaje się, wzorem Netflixa) grozi zaprzestaniem swojej działalności w stanie Georgia, jeśli wejdzie w życie ustawa, zakazująca zabijania dzieci nienarodzonych (czyli tzw. zabiegu aborcji). Streszczając: czołowa i legendarna wytwórnia filmów dla dzieci chce zaprzestać tworzenia tychże filmów na danym terytorium, z uwagi na to, że grozi (!) wejście w życie prawo zakazujące zabijania dzieci. Czy to nie jest świat postawiony na głowie?

Nie nawołuję powyższym do żadnego bojkotu Disneya, ani czegoś w tym stylu: zamierzam moje dzieci zaznajomić z tą klasyką pięknej, bajecznej kinematografii, chcę żeby kojarzyły Dumbo, Królewnę Śnieżkę, Arielkę, Myszkę Miki, Kaczora Donalda, Goofy’ego, i wiele, wiele innych… ale będę baczniej przyglądał się temu, co nowego wypuści na ekrany The Walt Disney Company. I raczej nie odwiedzę Paryskiego Disneylandu.

ŚWIĘCENIA

Maj i czerwiec to niezwykłe miesiące w życiu Kościoła – czas święceń kapłańskich. W różnych diecezjach i zgromadzeniach są różne terminy tych wydarzeń, ale w zasadzie co tydzień przeżywamy gdzieś jakieś prymicje. Ja na święceniach i prymicjach zawsze się wzruszam, nieraz i do łez (zwłaszcza jeśli nowowyświęcony był mi wcześniej znany, a w ostatnich latach byli to wręcz koledzy ze studiów).

Tydzień temu pojechałem do Krakowa, na prymicję ks. Piotra Cempla, z którym przez pewien czas byłem związany jednym rocznikiem w seminarium, oraz wspólną pracą w jednej z warszawskich parafii (takiego duetu kościelny&organista chyba nigdy nie było, choćby przez wydanie wspólnej płyty 😉 ). Niech mu Bóg błogosławi w jego kapłaństwie, wynagrodzi ponadprzeciętny czas oczekiwania na przyjęcie święceń (tak długiej formacji to nawet jezuici nie przechodzą) i pośle… gdzie trzeba.

Kościół żyje tam, gdzie są kapłani – i umiera, gdy ich braknie. Ostatnie miesiące chyba wystarczająco mocno uzmysłowiły, że ksiądz to nie jest jakiś nadczłowiek, tylko grzesznik dokładnie taki sam, jak każdy z nas. Święcenia kapłańskie to wielka radość – owszem, zmienia się liczebność kandydatów do kapłaństwa, zmienia się ich średnia wieku czy przeżytych doświadczeń życiowych (co samo w sobie nie jest złe), ale szczególnie w tym roku nabierają one wyjątkowego charakteru. Księża święceni w latach 2018 i późniejszych będą o sobie mówić, że są pokoleniem naznaczonym swoją epoką, klimatem społecznym, wydarzeniami historycznymi (tak, jak księża z każdej kolejnej dekady XX i XXI wieku). Daj nam, Boże, kapłanów – bo bez nich umrzemy z głodu.

 Ten wpis jest moim przeglądem minionego tygodnia z cyklu “2 plus 1, czyli tygodniowy kubek miodu z łyżeczką dziegciu”. O jego zasadach możesz przeczytać tutaj. Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst, możesz go udostępnić. Zachęcam również do komentowania poniżej.