Dzień taty ekstra, czyli czasami jestem niezastąpiony

Że niby małemu dziecku zawsze lepiej u mamy niż u taty? Posłuchajcie…

Najpierw, tytułem wstępu: byliśmy z Basią (tak, z tą niebawem nieco ponad 4-miesięczną panienką, co to już łazi po całej podłodze!) trzy razy na basenie.

Wyruszamy na zdobywanie świata!

Za pierwszym razem było dla wszystkich trochę stresująco, wiadomo, poszliśmy ot tak, bez żadnych zorganizowanych zajęć, samodzielnie. Gdy już znaleźliśmy się w wodzie, Mała od razu była lekko zaniepokojona całym zamieszaniem, więc po kilku minutach pluskania się i zastosowania podstawowych ćwiczeniach dla basenowego debiutanta, w ciągu kilku sekund nagle… oczy się szeroko otworzyły, usta rozpoczęły fazę „podkówki”, twarz nabierała coraz intensywniejszej, czerwonej barwy – i rozległ się taki ryk, że obawiałem się o stan szyb na pływalni, od razu nastąpił odwrót do przebieralni, a tam: w ogóle zapomnijcie o jakimś uspokajaniu, nie pomagało ani przytulanie, ani kołysanie, ani wycieranie, ani nawet – o zgrozo! – dostawienie do piersi. Ryk, wrzask, krzyk, jakbyśmy co najmniej obdzierali ze skóry (a to wszystko w przestrzeni przebieralni rodzinnej, o wymiarach jakieś 2m2, całej wykafelkowanej, więc dudniło jak w jakimś tunelu ultradźwiękowym…) No, jakoś wyszliśmy z tego cało.

Za drugim razem, bogatsi w poprzednie doświadczenie, ustaliliśmy zawczasu lepsze procedury na wypadek, gdyby na naszą córkę znowu spadło jakieś niewidzialne kowadło. Oczywiście tym razem nie było najmniejszego problemu – jaki problem, przecież ja uwielbiam pływać! nie ma to jak wodne gonitwy za plastikowym motylkiem, tata mocno trzyma, mama też trochę, ale fajnie, hihihi, każdy się patrzy, podziwia, uśmiecha, wspaniale! Pluskaliśmy się tak prawie pół godziny i wyszliśmy spokojnie, bez cienia złości, elegancko, nawet na koniec Basia dwa razy zanurkowała – super było, trochę dziwnie, ale proszę bardzo, mogę tak jeszcze kilka razy! Widocznie już zaczynamy nie nadążać za jej nastrojami.

Wreszcie: trzeci raz. Wprowadziliśmy nowość (okazało się, istotną), jako ciągłe udoskonalanie naszego basenowego systemu: tym razem najpierw Ela poszła sama popływać, a po jakimś czasie ja dołączyłem z Basią, spotkaliśmy się we wspólnej przebieralni. Uwaga: gdy Basia zobaczyła mamę, nie mogła uwierzyć: kto to jest?! Mama w kostiumie i czepku, bez okularów, ani trochę nie przypominała mamy! Nawet nie pachniała jak mama (po pół godzinie pływania w basenie). Płacz, krzyk, spazmy niemowlęce. „Co to będzie, co to będzie, kochanie, może dziś zrezygnujemy, jak ona tak płacze i nie chce się uspokoić?” Ponieważ ja jeszcze przypominałem tatę, wziąłem Basię na ręce – i jak ręką odjął. Natychmiastowe wtulenie i ukojenie. HA! (Dalsza część nie wymaga opisu, pluskanie było akurat trochę krótsze, bo za szybko zrobiliśmy zabawę z nurkowaniem i Basi się to nie spodobało, ale poza tym wszystko w normie.)

Podróż do domu też nie należała do najspokojniejszych – ciągłe wiercenie się i jęki. „Wawerskie wiadomości sąsiedzkie” zostały rozerwane na strzępy (okazały się w tym momencie jedyną tolerowaną zabawką). W domu – próba nakarmienia, ale nic to nie dawało, ciągły płacz, jęczenie, sapanie, protesty. Marudzenie, na plecach źle, na brzuchu źle, wszystko źle.

Tata wziął na ręce i… no jasne, natychmiastowe wtulenie i ukojenie. Możemy iść spać.

Krótko mówiąc: nikt mi tego nie zabierze i nic nie zastąpi tego, co wtedy czułem!

Podziw żony, totalne oddanie się córki. To był ponadplanowy Dzień Taty.

Sanki są w zimie rower jest w lato,
Mama to nie jest to samo co tato!
(Arka Noego)