Odkąd pamiętam, co roku, patrząc na dodatkowy talerz na wigilijny stole, nurtuje mnie pytanie: a gdyby rzeczywiście ten „niespodziewany gość” zapukał do naszych drzwi? To co wtedy? Odpowiedź na to pytanie nie jest czarno-biała – tak samo jak nieoczywista jest odpowiedź na pytanie, co jest naszą powinnością wobec Ludów z Południa, które coraz intensywniej szturmują Europę.

Niektórzy mówią: ten dodatkowy talerz 24 grudnia to tylko taki symbol, no wiesz, przecież gdy zasiądziemy z całą rodziną do uroczystej wieczerzy wigilijnej, to nie znaczy, że gdy ktoś nagle zapuka drzwi, to naprawdę mamy mu je otworzyć. Nieprawda: gdyby w wigilijny wieczór ktoś naprawdę zapukał do naszych drzwi, i okazałoby się, że to ktoś naprawdę potrzebujący pomocy, nie mający gdzie się podziać, a my byśmy mu odmówili i te drzwi zamknęli przed jego nosem – to okazalibyśmy się najgorszego sortu obłudnikami, trzymającymi się z sentymentalnym namaszczeniem pustej tradycji, która nic w rzeczywistości dla nas nie oznacza.

Jedna rzecz nie ulega wątpliwości, i mam nadzieję, że jest to oczywiste dla wszystkich (również tych mających jeszcze więcej obaw ode mnie): potrzebującym trzeba pomóc. Tego wymaga ode mnie moje człowieczeństwo i moje chrześcijaństwo. Ale jednocześnie: trzeba pomóc mądrze, na tyle na ile nas stać, proporcjonalnie do czyichś potrzeb i naszych możliwości. Jeśli ktoś ucieka od horroru wojny, ratuje swoją rodzinę z koszmaru prześladowań, nieustannych obaw o utratę zdrowia lub życia – to naszym obowiązkiem jest mu pomóc, nie ma dyskusji.

Do naszych drzwi puka wędrowiec, który pyta o nasz dodatkowy, pusty talerz. OK – ale mam kilka „ale”:

Po pierwsze: śnieżna kula

Co zrobić, gdy puka nie jedna osoba, czy nawet jedna rodzina, ale dziesiątki tysięcy, które pociągają za sobą, jak śnieżna kula kolejne; które często nie proszą o pomoc w swoim straszliwym losie, ale pukają do drzwi naszego domu (ba, czasami walą w nie szaleńczo, albo chcą je wyważać i wtargnąć do środka siłą), po to żeby po prostu się do niego wprowadzić, oczekując wszelkich praw i przywilejów, włącznie z przestawianiem mebli, układaniem jadłospisu, i zmianą koloru ścian?

Po drugie: terroryści

Jak mam odróżnić tych, którzy rzeczywiście potrzebują pomocy (są uchodźcami), której udzielenie, jak wspomniałem, jest moim obowiązkiem – od mnóstwa ludzi (idę o zakład, że jest ich większość), którzy na tej fali korzystają, aby po prostu przenieść się do wygodniejszego świata, z dwóch zasadniczych powodów: finansowych (to jeszcze pół biedy), albo po to żeby ten świat wysadzić w powietrze, zdemolować, narzucić siłą swoją religię i kulturę?

To nie są żadne czcze bajdurzenia: organizacje terrorystyczne, na czele z ISIS, którego dynamikę, energię, ideologię i upór można śmiało porównać z XX-wiecznymi zagrożeniami ze strony nazizmu i bolszewizmu, jednoznacznie mówią od dawna, że taki jest ich cel, który chcą osiągnąć różnymi metodami, z podszywaniem się pod biednych uchodźców włącznie. Już istnieją udokumentowane przykłady ludzi, którzy wczoraj byli choćby funkcjonariuszami irackiej milicji, oskarżanymi o zbrodnie wojenne, a dziś już na terenie Unii Europejskiej przebierają się za biednych wojennych uciekinierów. Jeśli to dla kogoś nieprzekonujące, to niech zajrzy choćby na ciekawy wpis Macieja Gnyszki, w którym opisuje takie mechanizmy m.in. ISIS-owskie fortele w Kobane, gdzie bojownicy Państwa Islamskiego pomysłowo podeszli Kurdów, przebierając się za… kobiety. Z pełnym makijażem, warkoczami z długich włosów i tak dalej.

Izrael odmówił przyjęcia jakichkolwiek uchodźców, bo stwierdził, że ich wywiad nie jest w stanie odróżnić uchodźców od imigrantów i zakamuflowanych terrorystów. Skoro najlepszy wywiad na świecie nie jest w stanie tego zrobić – to… nie mam więcej pytań w tym temacie.

Po trzecie: oczekiwanie otwartej i nieograniczonej (?) gościnność

Wielu oczekuje od nas (Polaków) tradycyjnej gościnności – ale czy gościnnością jest przejmowanie wciąż nieokreślonej liczby ludzi? Na początku miały być 2 tysiące, później 10 tysięcy, teraz się już mówi o 16 tysiącach, a w perspektywie ta liczba będzie cały czas rosła. W prawie europejskim pozwalającym każdemu uchodźcy na sprowadzenie tu swojej rodziny, trzeba będzie każdą z nich pomnożyć średnio przez 5. Jak zasymilować ich z naszym społeczeństwem? Gdyby mowa była jednoznacznie o syryjskich (i nie tylko) chrześcijanach – byłoby to łatwiejsze do wyobrażenia. Jednak, z tego co widać, ogromną większość przybyszów mają stanowić muzułmanie, którzy są najzwyczajniej w świecie obcy dla nas pod względem kultury, religii, obyczajów.

Sąsiednie względem Syrii państwa muzułmańskie, w których nie ma wojny – nie chcą przyjmować uchodźców. Arabia Saudyjska ma przy granicy nowe, gigantyczne i klimatyzowane namioty, w których spokojnie zmieści się 3 miliony (!) ludzi – ale nie chce przyjąć nikogo. W zamian jest gotowa sfinansować budowę 200 nowych meczetów w Europie. Świetnie!

Po czwarte: religia

Religia – to naprawdę ma znaczenie. Wszystkim oburzonym, jak można segregować ludzi pod względem religii, to niedopuszczalne – odpowiadam: można. I trzeba. Jest to zupełnie uzasadnione z powodu zachowania naszej tożsamości, której religia jest ważnym składnikiem. Jako chrześcijanie jesteśmy winni pomoc w pierwszym rzędzie właśnie chrześcijanom. Nawiasem mówiąc, wkurza mnie niemiłosiernie, że o rzezi syryjskich chrześcijan wiadomo było od kilku lat, o niewyobrażalnym horrorze, jaki tam przechodzili – ale Zachód był na te wieści głuchy jak pień, a teraz poucza wszystkich wokół o „chrześcijańskiej powinności” i tym podobnych frazesach, które razem tworzą gigantyczny cyrk obłudy i hipokryzji. Kościół od dawna twierdzi, że cierpiącym trzeba pomagać – i pomaga, realnie, finansowo, humanitarnie, jakkolwiek. Pomysł papieża Franciszka, aby każda parafia przyjęła jedną rodzinę uważam za bardzo dobry, konkretny (w końcu stworzenie warunków do przyjęcia jednej rodziny (podkreślam to słowo) nie powinno przerastać możliwości żadnej parafii w Polsce) – ale nie wyobrażam sobie, jakby to miało wyglądać w przypadku rodziny muzułmańskiej. No, po prostu tego nie widzę, przy traktowaniu na serio, każdy swojej religii.

Po piątek: medialne manipulacje i szantaż moralny

Widzę w internecie poruszające zdjęcia uciekinierów. To naprawdę dramatyczne obrazy, ludzi nie mających prawie nic, wyruszających w długą i ciężką podróż do wolnego świata. Ludzie odarci często ze swojej godności, przebywający w trudnych warunkach. Naprawdę serce mi bije mocniej, gdy to widzę – i chcę im pomóc, modlitwą, wsparciem organizacji humanitarnych, poparciem do przyjęcia najbardziej potrzebujących uchodźców. Ale widzę też z drugiej strony, niemal na plecach tych biedaków, dziką tłuszczę, wdzierającą się siłą do Starego Kontynentu, demolującą po drodze to, co napotka. Widzę cyniczne medialne manipulacje, jakieś oszukańcze wycinki zdjęć, sugerujące czyjeś cierpienie – ale gdy się obejrzy całość (czyli kilka minut wcześniej i później), to widać wyrachowanie, arogancję, szaleństwo.

Apogeum tego medialnego cyrku osiągnięto przy zdjęciu małego Alyana, którego trzyletnie ciało morze wyrzuciło na brzeg. Ogromna tragedia, dramat, jak to zawsze przy okazji śmierci dziecka. Wszędzie było to zdjęcie, „wyrażające więcej na temat uchodźców niż miliony słów” – później się okazało, że winę za jego (i jego mamę oraz brata) utonięcie ponosi ich ojciec, przepraszam bardzo, kretyn, który wsadził ich ze sobą na jakiś lichy ponton, pożyczony od szwagra, bo chciał sobie zrobić za granicę „dobre zęby”. Co z tego, że to 1200 kilometrów od Syrii, symbol uchodźcy i już. A mnie jakoś bardziej poruszyła historia młodej wolontariuszki, Paksy Eleanor, która chciała pomóc „uchodźcom” szturmującym budapesztański dworzec Keleti, a którą czterech młodych przybyszów zaciągnęło w ciemny zaułek, zerwało torbę i zaczęło zrywać ubranie – i gdyby przypadkiem nie przechodził obok patrol policji, zostałaby zgwałcona. Ale czy o tym trąbiono wszędzie, rozgłaszano tę historię? No, jakoś nie. Dodaję do tego statystyki dotyczące gwałtów w krajach Skandynawii, w których na przestrzeni ostatnich lat wzrosły one o setki procent, w większości z udziałem imigrantów – i po prostu się boję.

Mam żonę, mam małą córkę – i jako mąż i ojciec moją powinnością jest zadbać m.in. o ich bezpieczeństwo. To jest dla mnie najważniejsze, i jeśli ktoś uważa, że jestem zalęknionym ksenofobem, to niech się wypcha.

Po szóste: polityka

Głębszą analizę politycznego aspektu całego tego zamieszania pominę, bo i tak ten artykuł jest bardzo długi. Dość wspomnieć, że w Unii Europejskiej dokonuje się coś na kształt zamachu stanu, w którym Niemcy, pomijając wszelkie traktaty, procedury i dobre obyczaje, chcą siłą narzucić sąsiednim krajom swoje warunki nt. przyjmowania imigrantów. To, co unijni politycy przy tej okazji wygadują, jest zdumiewające, zatrważające, a bardzo często aroganckie, bezczelne i po prostu głupie. Wywołano w Afryce jakieś zawieruchy, a teraz nie chce się za to wziąć odpowiedzialności. Likwiduje (próbuje się) skutki, a nie przyczynę.

Maior est Deus

Wobec ludzi, którzy wyrażają swoje obawy, wątpliwości, którzy zwyczajnie się boją, bo ciągle nie wiadomo: jak, gdzie, ile, kiedy – nie można nadużywać pojęć nienawiści, nietolerancji, ksenofobii i różnych innych najcięższych grzechów współczesności, to po prostu nieuczciwe. Chaos, jaki panuje w tym temacie, rodzi różnych świrów, plecących głupstwa – po obu stronach „debaty”. Szaleniec, drwiący z potrzebujących hehe, szkoda że się wszyscy nie utopili, jest tak samo niebezpieczny jak inny szaleniec, których chciałby tylko wszystkich wokół kochać, przyjmować, ugaszczać, proszę bardzo, bez żadnych pytań, a jeśli ktoś uważa inaczej, to rasista.

Ma rację Szymon Hołownia, pisząc że temat uchodźców jest testem dla naszego chrześcijaństwa. Jeśli jednak ktoś uważa, że chrześcijaństwo polega na bezrefleksyjnym narażaniu się na niebezpieczeństwo, bo bezwarunkowa pomoc drugiemu człowiekowi jest naszym pierwszorzędnym obowiązkiem – to zna jakąś wypaczoną wersję Ewangelii. Na końcu życia będziemy sądzeni z miłości – z miłości do tego obcego, z miłości do naszych nieprzyjaciół, wrogów, tych których się boimy… ale też (czy to naprawdę trzeba przypominać?) z miłości do naszych najbliższych, do członków naszej rodziny, mieszkańców naszego domu. Jednego i drugiego nie można zaniedbać, i tyle.

Europa Zachodnia umiera – agonia już trwa i jest bezspornym faktem. Chrześcijaństwo, jej fundament, już dawno zostało wyparte przez pustkę laicyzacji, którą teraz zapełnia islam. Przygotowujmy się lepiej, w dłuższej perspektywie, na przyjmowanie uchodźców – ale właśnie z Zachodu, byłych europejskich chrześcijan, którzy staną się niebawem mniejszością wobec swoich islamskich współobywateli, jakoś niespecjalnie będących piewcami tolerancji i wolności religijnej.

My na szczęście jesteśmy w nieco innej sytuacji i kompletnie nie rozumiem, dlaczego mamy (w imię wartości chrześcijańskich, żeby było śmieszniej) powielać dokładnie te same błędy, które podkopały choćby Niemcy, Francję, Skandynawię. Naiwność i bezrozumność też są grzechem – gdy nas za kilka dekad dzieci lub wnuki spytają, co się działo na jesieni 2015 roku, nie chciałbym, żebyśmy nie potrafili odpowiedzieć, jak mogliśmy być tak ślepi na tak oczywiste fakty. Piszę to w 12 września, trzysta trzydzieści dwa lata po Bitwie pod Wiedniem, a dzień po czternastej rocznicy ataku na WTC (jakoś tak dziwnie przemilczanej). Szkoda, że Oriana Fallaci nie dożyła tych czasów. Chociaż może lepiej, że nie widzi swoich spełniających się przepowiedni.

Bóg jest większy od tego wszystkiego. Może rzeczywiście świat się zupełnie zmienia od kilku lat, a teraz dochodzi do jakiegoś większego przesilenia. Przetrwamy to, chrześcijaństwo jest mocniejsze niż upadające imperia – kiedyś już napływ ludzi „z zewnątrz” rozsadził Europę, po której musiała się poukładać na nowo. Bóg zawsze wie, po co.