Harcerstwo i ja, czyli dlaczego biegałam w spódnicy przez krzaki

Nieważne jak przebiegały moje harcerskie losy, ja po prostu mam harcerstwo w krwioobiegu. Nieważne, że od lat nie założyłam munduru, całe wieki nie byłam na obozie, a mój stopień tkwi gdzieś na dnie skautingowej hierarchii i lepiej go nie wspominać. Harcerstwo to styl życia, a kiedy dorastasz zostaje z Tobą, tylko nie musisz już płacić składki 😉

Oto moja słodko-gorzka historia biegania w szarym mundurze, a bywało różnie bo ZHP to burzliwy związek…

Dawno, dawno temu…

…kiedy mała, pulchniutka Elunia poszła do pierwszej klasy podstawówki, z wypiekami na twarzy śpiewała hymn szkoły o bohaterach Warszawy (Tym, co w ’39 dzielnie Warszawy bronili) i z zapałem wyrywała się na zbiórki zuchów. To był chyba jeden jedyny raz, gdy zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Właśnie w harcerskich ideałach. No i pamiętam, że trzeba było na każdą zbiórkę wyciąć zucha-ziemniaka z papieru.

Niestety śmietankę z tych pierwszych zuchowych chwil spił mój starszy brat. Dostał mundurek, pojechał na obóz, a gdy się zniechęcił moi rodzice zwątpili (niesłusznie) także w mój zapał. Ależ ja mu zazdrościłam, gdy w wakacje odwiedziliśmy go na obozie i pochwalił się jak wyciągnął ulubionej druhnie menażkę z pomyj, taki był dumny, po prostu mały bohater… (a może to był widelec? Ciekawe, czy on pamięta).

Rozstania i powroty

Niestety w ramach wyprowadzki poza Warszawę, w trzeciej klasie nie miałam możliwości uczestniczenia w zbiórkach. Dopiero kilka lat później, w nowej szkole sformowała się mała drużyna, tylko niestety trochę kulawa w swoich podstawach. Przede wszystkim dzieci rozrzucone po dużym terenie, w różnych miejscowościach i z różnym planem lekcji miały problem z dojazdem na zbiórki i powrotem do domu (czyli spotkania były rzadkie i nieregularne). No i drużynę prowadziła nauczycielka, co prawda z zerówki, ale jednak. Na dodatek już dobrze po 40. Ani bliska, ani wielki autorytet – średnio pasowała do grupki rozchichotanych nastolatek.

Tę drużynę utrzymywały właściwie tylko wyjazdy wakacyjne. Ale daleko im było do tego, czego doświadczył mój brat w pełnej prowizorce obozu w leśnej głuszy. Moje obozy to stanica harcerska, z kuchnią, jadalnią i pełnym węzłem sanitarnym (a ja tak chciałam kopać latryny!). Namioty z drewnianą podłogą i łóżka polowe. W zasadzie kolonia pod namiotem.

Jednak to właśnie tam doświadczyłam magii śpiewania z gitarą przy ognisku. Wprowadzenia w najpiękniejsze harcerskie gawędy. Pierwszego zakochania z lilijką w tle. Fascynacji pięknem pełnego umundurowania. Nocnych wart i związanych z tym dowcipów.

I na szczęście to właśnie w tamtym czasie otrzymałam Krzyż Harcerski, w okolicznościach, których wspomnienie nadal mnie wzrusza. W tym wszystkim jednak towarzyszyła mi nieokreślona tęsknota, że to jakoś nie tak powinno być.

Poszukiwania

Nadeszły czasy liceum sytuacja była kiepska, mieszkałam poza Warszawą, a do szkoły dojeżdżałam w stolicy. Nie znałam żadnego harcerskiego środowiska, w naszym liceum żadne nie działało, a ja byłam na poziomie harcerskiego rozwoju cofnięta o dobre pięć lat. I nadal straszliwie chciałam, szukałam, pytałam i nadal nie miałam szczęścia. Najpierw trafiłam do drużyny, gdzie właściwie bardziej potrzebna była kadra do opieki nad dzieciakami, ale zdecydowałam się i na to. Skończyłam kurs przybocznych, sporo działałam z zuchami. Ostatecznie jak się okazało, zderzyłam się ze środowiskiem dość szczelnym, bez szans na wsparcie, które pozwoliłoby mi nadrobić stracony czas. Później pojawiła się krótka przygoda z drużyną wodniacką, ale ja do żagli zupełnie serca nie miałam.

Z mocnym zniechęceniem myślałam o tym jak wiele już mnie ominęło i żałowałam tych niezawiązanych/nieutrwalonych przyjaźni, doświadczeń. Wówczas pomocną dłoń podała mi moja licealna przyjaciółka, która wprowadziła mnie w budującą się wówczas drużynę wędrowniczą (i udostępniła książkę Baden-Powella, którą pokochałam). Nieważne, że nowe środowisko składało się z bandy niezbyt delikatnych facetów (dziewczyny też były z tych raczej mocnych) i że musiałam na każde spotkanie pędzić przez całe miasto. Czułam się tam akceptowana, lubiana, coś się w końcu działo i ostatecznie dzięki nim trafiłam na swój ostatni przystanek w harcerstwie formalnym, którym była Harcerska Grupa Ratownicza „Bemowo”.

100% Harcerstwa

Tematyka udzielania pierwszej pomocy (nazywana w harcerstwie samarytanką) jest przynajmniej w teorii jedną z podstawowych umiejętności, które powinien nabyć harcerz. W praktyce okazuje się to często nudną pogadanką na obozie, po której nie pamiętasz nic. Coś jak kiepskie szkolenie BHP w pracy. Dopiero w nowej drużynie odkryłam, że ratownictwo i pierwsza pomoc może być wspaniałą przygodą, która zbliży mnie do fantastycznych, zdolnych, ciepłych ludzi.

Teoretycznie taka specjalistyczna grupa w harcerstwie nie powinna działać zastępczo względem drużyny i faktycznie wiele osób łączy tradycyjną działalność w drużynach oraz w grupie ratowniczej. Ale takich harcerskich wyrzutków jak ja też było trochę, było mi więc raźniej.

HGR „Bemowo” działałam od klasy maturalnej praktycznie do zakończenia studiów. Przeszłam przez mnóstwo ciekawych szkoleń, wyjazdów towarzyskich, zawodów ratowniczych, zabezpieczeń imprez masowych. Czasem było jakieś ukłucie, że gdzie w tym drużyna…? Jednak w tej Grupie nie dało się nudzić. To był czas realizacji mojej idealistycznej i romantycznej miłości do skautingu. Były dni gigantycznego zmęczenia (szczególnie w okolicy rocznic Powstania Warszawskiego) i dni dumy z tego, że tam jestem.

Nie zapomnę dnia, gdy wśród szarego tłumu na warszawskich Powązkach za rękę złapał mnie starszy pan, kombatant i opowiadał o „takich harcerzach jak my”, którzy udzielali pierwszej pomocy i opowiedział historię o ewakuacji kanałami. Przyznaję, kolega z zespołu musiał mnie na chwilę zasłonić, bo poryczałam się jak bóbr, a przecież byłam na służbie. W tej Grupie dojrzewałam, ewoluowałam, o to przecież w harcerstwie chodzi.

Przygoda z Grupą skończyła się niejako naturalnie, kiedy zaczęłam pracować, później tworzyć rodzinę, a zarazem przez zahamowanie tradycyjnego rozwoju w strukturach ZHP miałam przyblokowany dalszy rozwój na drodze specjalistycznej. Poza tym nie miałam złudzeń: z moją posturą ratownictwo nie mogłoby się stać moją metodą na życie…

Epilog, czyli harcerstwo bez harcerstwa

Zawsze odczuwałam pewien zgrzyt słysząc o obozach harcerskich z agregatem, toi toiami, prysznicami, łóżkami i całym zapleczem technicznym, nawet w środku lasu. Niestety tak jest coraz częściej, bo rodzice nie wyobrażają sobie własnego wychuchanego dziecka w spartańskich warunkach, a z kolei harcerzom zależy, żeby wciągnąć w wyjazd jak najwięcej dzieciaków (wtedy obniżają się koszty wyjazdu). A przecież rezygnacja z tych wszystkich wygód leży u podstaw harcerstwa – jeśli zechcesz zorganizujesz sobie to wszystko sam, rusz głową!

Gdzieś na studiach okazało się jednak, że wyjazdy jak z harcerskiej piosenki są i ludzie je kochają. Tylko jeden szkopuł. Nie są organizowane przez żadną organizację harcerską, ale przez Studenckie Koła Przewodników Beskidzkich.

Wyjazd w małej grupie, z plecakiem, gitarą, namiotem, gotowaniem na ognisku i już po kilku dniach z obcych sobie ludzi stajecie się bliscy, potrzebni sobie. Nagle okazuje się, że bez żadnej ideologii przez te kilka dni z daleka od cywilizacji żyjemy wkodowanym nie wiadomo jak i kiedy Prawem Harcerskim, bez filozofowania.

Pierwszy raz ruszyłam z plecakiem w Beskid Niski, później w dziką scenerię ukraińskiego Zakarpacia. Wędrówka połoninami w bezkresie zieleni i jagodzisk była spełnieniem dawnej tęsknoty, marzenia, pozostała we mnie na długo.

Dla tych, którzy tęsknią za powrotem do „harcerskiego” stylu turystyki polecam akcje letnie, Rajd Połoniny (jesienny) i po Beskidzie Niskim (wiosną) i inne wydarzenia proponowane przez SKPB Warszawa.

Bilans zysków i strat

1) Mundur – pokochałam mundur, harcerskie symbole, fascynującym odkryciem była dla mnie geneza poszczególnych elementów harcerskiego stroju, a także jego polska historia. Nigdy nie byłam specjalistą od umundurowania czy musztry i zawsze Ci bardziej wrażliwi w tym temacie czepiali się różnych niedociągnięć u mnie, co skutecznie zniechęcało do zakładania munduru. Ale ja lubię sięgać do podstaw, bo pierwotnie mundur miał być strojem przede wszystkim praktycznym a nie galowym, więc kiedy następnym razem zobaczycie harcerza zwróćcie proszę uwagę na podwinięte rękawy (sygnalizują gotowość do działania, pomocy) czy chustę harcerską (której zgodnie z zamysłem można użyć w pierwszej pomocy). Moim zdaniem namnożenie „funkcji”(mam tu na myśli różne elementy harcerskiej hierarchii) i ich oznaczeń na mundurze zbyt daleko przenosi nas w świat wojska, ale zapewne i tu są zdania podzielone…

2) Etos Szarych Szeregów – to, że jako harcerz dziedziczę tradycję Szarych Szeregów jest dla mnie powodem do dumy, ale też zobowiązaniem. Nie tylko dlatego, że w imię tego, w co wierzyli, ryzykowali własne życie, ale przede wszystkim dlatego, że niezależnie od dostępnych możliwości pracowali nad sobą pod względem fizycznym, intelektualnym i co ważne duchowym. O tym jak istotne jest pełne zrozumienie tego fenomenu dla rozwoju ruchów skautowych w Polsce pisał np. hm. Stefan Mirowski (krótko, przystępnie i do rzeczy). Polecam, może też dla rodziców współczesnych harcerzy…?

Prawo i Przyrzeczenie Harcerskie – bądźmy szczerzy, wielu harcerzy traktuje te deklaracje bardzo swobodnie, jako coś już nieaktualnego, ale tak ugruntowanego, że nie podlega zmianie. Moim zdaniem to poważny błąd, bo o ile część zaleceń ma charakter drogowskazu, inne wiążą się z określoną postawą życiową i procentują w dalszym życiu. Jeśli się z tym nie zgadzasz, nie musisz być harcerzem…

3) Miejsce na szaleństwo i kreatywność – drużyny harcerskie, wyjazdy harcerskie, to świetna okazja na realizację najbardziej odjechanych pomysłów, wyżycie się w grupie rówieśniczej – choć nie ręczę za pozytywne rezultaty tych wszystkich głupawek. Ale jakie to są niesamowite wspomnienia! Jak wspaniale buduje się na tym przyjaźnie i więzi. Harcerstwo to doświadczenie, takiej kreatywności, radości tworzenia, niezależności, spontaniczności, gdzie indziej mamy tego doświadczyć?

4) Muzyka – kiedy jest ognisko i pojawi się kilka gitar, nawet bardzo niezborne towarzystwo jakoś się zbiera integruje, dobrze zorganizowani wyciągają opasłe śpiewniki. Dobra, ja mam do takich chwil szalenie emocjonalny stosunek, tęsknię za nimi tak bardzo, że czasem muszę wyciągnąć z futerału gitarę, zaszyć się do kąta i odlecieć w swój inny świat. Na pożegnanie po prostu, krótki fragment, coby nam się zrobiło smętnie jak trzeba do sentymentalnych wspomnień z harcerską watrą w tle:

W płomieniach harcerskiej watry szukamy naszych wspomnień,
Odnajdziemy czas przeszły, bo nie możemy zapomnieć
Chwil przy ogniu spędzonych, w kręgu braterskich myśli,
Gdzie przyjaźń i braterstwo, nie byłyby już tylko wymysłem