Czy Pan Bóg ma poczucie humoru? Choć Ewangelia jest „radosną nowiną”, to jednak wielu z nas uważa, że boskich i świętych spraw nie należy obracać w żart ani z nich dowcipkować. To prawda. Z drugiej strony jednak, gdy zajrzymy do Pisma Świętego, odnajdziemy tam wiele miejsc, w których można dostrzec nie tylko subtelny humor Wszechmogącego, ale również naukę, że rozpoznawanie ironii, dystansu i komizmu to ważna umiejętność. Nie miał więc racji karykaturalny mnich Jorge z powieści Umberto Eco Imię Róży, który za myśl heretycką uznawał pogląd, iż Chrystus kiedykolwiek się śmiał.

Artykuł ukazał się w 19. numerze Miesięcznika “Adeste”

Można odpowiedzieć: „nigdzie w Ewangeliach nie jest napisane dosłownie, że Jezus się śmiał”. Owszem, lecz skoro był On prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, to nie mógł być pozbawiony zmysłu humoru – jego brak świadczyłby raczej o posępności i nieprzyjemnym usposobieniu Zbawiciela, a taki wniosek odsuwamy od siebie nawet podświadomie. Odczytanie różnych scen w Biblii (nie tylko w Ewangeliach) w kluczu komizmu wydaje się cenną umiejętnością. Pismo Święte to dzieło tak różnorodne i bogate pod względem literackim, że autorzy nie omieszkali sięgnąć przy jego tworzeniu również do takich środków wyrazu jak paradoks, hiperbola, gra słów. Odpowiednio użyte, mogą one stanowić świetną formę komunikacji i przekazu ważnych treści.

Definicje

Mówiąc o „humorze Pana Boga”, musimy mieć świadomość precyzyjnego zdefiniowania terminów, którymi się posługujemy – po to, aby uniknąć nieporozumień albo wrażenia lekceważenia Bożego majestatu, Jego świętości, chwały i należnego Jemu szacunku. Czym innym jest przecież poczucie humoru, subtelna ironia i dystans, a czym innym bezmyślny rechot, kpina czy szyderstwo. Prawdziwa radość, pogoda ducha czy wreszcie autoironia i dystans wobec samego siebie mają źródło w Bogu – są owocami pokory oraz łagodności. Drwina, zgryźliwość czy infantylny dowcip to natomiast skutki grzechu i jadowitej złości, których celem bywa poniżenie drugiego człowieka, zszarganie rzeczy wielkich i świętych czy wręcz bluźnierstwo.

To ważne rozróżnienie. Pan Bóg, owszem, ma poczucie humoru, którego ślady możemy dostrzec choćby w świecie stworzonym, pełnym elementów komicznych, wywołujących w nas naturalny uśmiech. Będzie to choćby wygląd i zachowanie niektórych stworzeń, zaskakujący splot wydarzeń, nieoczywiste prawidła natury – jako osoby obdarzone zmysłem humoru (jego posiadanie to pozytywna cecha) potrafimy te ślady Boskiego komizmu odnaleźć i odczytać. Jednak Pan Bóg nie jest szydercą, sarkastycznym cynikiem czy złośliwym bóstwem, które zabawia się istotami niższego rzędu. Kocha nas i – posługując się analogią do ludzkiego rodzicielstwa – „puszcza do nas oko” jak ojciec do dziecka, używając humoru jako jednego z narzędzi okazania nam swojej miłości i dobra.

Śmiech Sary

Żeby odnaleźć ślady humoru w Biblii, trzeba na niego patrzeć z pewną subtelnością – Pismo Święte to nie jest lekka i błaha lektura. To Księgi Święte, a nie zbiór zabawnych anegdot. Jednak uważny czytelnik z pewnością spotka się w niektórych miejscach ze scenami przenikniętymi wyrazami Bożego dowcipu albo swoistego „droczenia się” z człowiekiem. Oto już w Księdze Rodzaju (por. Rdz 17,17; 18,12) spotykamy się z sędziwym małżeństwem Abrahama i Sary (on ma sto, a ona dziewięćdziesiąt lat).

Gdy anioł posłany przez Boga przepowiada im potomstwo, obydwoje reagują na to śmiechem. Nie mogą uwierzyć w taki splot wydarzeń. Gdy Bóg to zauważa, Sara ze strachu zaprzecza: „Nie śmiałam się!”, ale Pan mówi: „Przeciwnie, śmiałaś się”. Gdy w końcu na świat przychodzi upragniony syn Izaak, Sara mówi: „Powód do śmiechu dał mi Bóg. Każdy, kto się o tym dowie, śmiać się będzie z mej przyczyny” (Rdz 21,6). Hebrajskie Jic’chak oznacza właśnie „śmiech”. Można powiedzieć, że Bóg zawsze śmieje się ostatni…

Ktoś zaprotestuje: „to jest doszukiwanie się humoru na siłę!”. Po co to robić, skoro choćby ten fragment niesie przede wszystkim inne przesłanie – Bożego wybraństwa, przymierza, złożonej i wypełnionej obietnicy? To prawda, Biblia to nie jest „podręcznik dowcipu”, ale z drugiej strony znajdowanie jego przebłysków na pewno nikomu nie zaszkodzi. Przeciwnie, może pomóc samemu człowiekowi być pogodnym, wyrobić w nim umiejętność właściwego posługiwania się humorem oraz, co bardzo ważne, nauczyć przystępowania do Boga w postawie dziecka, które spotyka się z Ojcem kochającym, czułym i pogodnym, a nie zimnym i surowym.

Jest to wreszcie sposobność do głębokiego i jednocześnie radosnego przeżywania wiary. Jak pisze ks. Tomasz Jaklewicz, medytując nad przywołanym wyżej fragmentem biblijnym („Gość Niedzielny” 28/2014): „Nam czasem może wydawać się, że Bóg robi sobie z nas żarty (bezpłodna staruszka będzie mieć dziecko). Ale ostatnie słowo należy zawsze do Boga. Rzeczy niemożliwe stają się rzeczywistością. Łaska przekracza ludzkie kalkulacje. Kiedy się o tym przekonujemy, pojawia się szczera radość z cudownego działania Boga, w którym mieści się także śmiech z własnej niewiary. Sara widziała odtąd zawsze w Izaaku uśmiech Boga i chciała nim dzielić się z całym światem. Czy każda z łask, które otrzymujemy co dnia, nie jest takim Bożym uśmiechem?”.

Zrzędliwy Jonasz

W Starym Testamencie inną wyrazistą postacią, w której historii można odnaleźć biblijne poczucie humoru, jest Jonasz, którego dzieje opisuje krótka księga z jego imieniem w nazwie. Wszystkie cztery rozdziały zdają się być w całości przeniknięte ironicznym spojrzeniem na upartego proroka. Najpierw ociąga się on z odpowiedzią na Boże wezwanie, by skłonić do nawrócenia Niniwę, a później trzyma się sztywno swoich zawężonych wizji Boga, z których wyzwolenia bardzo potrzebuje.

Barwna opowieść o Jonaszu przebywającym przez trzy dni w brzuchu wielkiej ryby sama w sobie jest zabawna. Po tym, jak prorok zostaje już wypluty na ląd i dociera wreszcie do celu wędrówki, wcale nie cieszy się z nawrócenia Niniwy – jest wręcz oburzony miłosierdziem Boga nad grzesznikami. Podczas drogi powrotnej zatrzymuje się, aby odpocząć. Wtedy Pan litościwie sprawia, że nad jego głową wyrasta krzew rycynusowy, „by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy” (Jon 4,6). Jonasz bardzo się nim cieszy, jednak już o świcie następnego dnia Bóg zsyła robaczka, aby uszkodził krzew tak, że ten w końcu usycha. Na dokładkę Bóg wzbudza gorący, wschodni wiatr, a słońce zaczyna prażyć tak, że Jonasz słabnie. Rozmowę Boga z krnąbrnym prorokiem w tej sytuacji (Jon 4, 8–11) można sparafrazować w następujący sposób:

– Lepiej dla mnie umrzeć, aniżeli tak żyć…

– Słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu?

– Tak, uważam, że słusznie się oburzam! Śmiertelnie!

– Spójrz: ty się oburzasz z powodu jakiegoś krzewu, którego nie uprawiałeś i nie hodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. Uważasz jednak, że Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem z ponad stu dwudziestoma tysiącami ludzi?

Powyższy dialog pomiędzy Stwórcą a malkontenckim, zrzędliwym prorokiem przypomina często nasze marudzenie i narzekanie na drobnostki, które są niczym wobec prawdziwie istotnych problemów. Pan Bóg patrzy wtedy na nas jak na grymaszące dzieci, a w takich sytuacjach każdy ojciec uśmiecha się nawet lekko pod nosem.

Ewangeliczne mrugnięcia okiem

Ewangelie ukazują nam Jezusa jako człowieka, który podlega zwyczajnym, ludzkim emocjom – bywa zmęczony, smutny, zdenerwowany, radosny. Nigdzie nie znajdziemy wzmianki, że się śmieje, ale że płacze – już tak, przykładowo nad Jerozolimą czy nad grobem swojego przyjaciela Łazarza. W wielu miejscach można napotkać opisy wzruszenia Chrystusa – gdy patrzy na kogoś miłującym wzrokiem, gdy bierze dzieci w objęcia i błogosławi je. W pewnym momencie mówi do swoich uczniów znamienne słowa: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” (J 15,11). Źródło tej radości to sam Zbawiciel, a zakorzeniona jest ona w Bogu Ojcu, który smutek zamienia w radość, a płacz w wesele. Jednocześnie Jezus przestrzega przed „złym śmiechem”, o którym mówiliśmy na początku. Wypowiada „biada” skierowane do tych, którzy „się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie” (Łk 6, 25).

Gdy przyjrzymy się nauczaniu Jezusa – sposobowi, w jaki to robi – zauważymy, że nieraz korzysta On z figur retorycznych takich jak przypowieści, przysłowia, hiperbole, kalambury, paradoksy, a czasem wprost z żartu czy ironii. Bardzo często uczniowie Jezusa pozostawieni są ze swoistą komiczną docinką biorącą się z ich niezdarności, nierozgarnięcia czy nieudolności, jak chociażby w scenie burzy na morzu (Mk 8, 14–21). Oto doświadczeni rybacy, którzy dopiero co byli świadkami cudownego nakarmienia przez Jezusa czterech tysięcy ludzi, zapominają do łodzi – miejsca swojej pracy – zabrać chleba (podczas gdy sami przed chwilą zebrali resztki ułomków do siedmiu koszów!).

Pan Jezus musi im często przypowieści powtarzać i tłumaczyć po kilka razy, bo ci są ciągle niepewni wszystkiego, nie do końca rozumieją, co się dzieje, właściwie pozostają bezradni wobec przesłania ich Mistrza. I znów: gdy czytamy fragmenty Ewangelii w takim kluczu, to nie robimy tego po to, żeby śmiać się z niezdarnych Apostołów i ich nielotnych umysłów. Ostatecznie mamy nabrać dystansu do samych siebie, a także śmiać się ze swojej (prawdopodobnie o wiele większej) nieporadności.

Jezus proponuje swoim słuchaczom jako drogę do Królestwa Bożego dziecięcą prostotę, ufność i radość, ale nie infantylizm, założenie sobie klapek na oczy czy szczeniackie wygłupy. Przypowieści, którymi tłumaczy tę rzeczywistość, przeniknięte są niekiedy humorem. Jezus wzoruje je prawdopodobnie na żydowskich anegdotach i hebrajskich mądrościach – zawsze mają jakiś prosty i jednoznaczny cel dydaktyczny, a jednocześnie potrafią być lekkie w formie, zabawne. Przykład stanowi chociażby krótka opowiastka o zaaferowanej kobiecie (Łk 15, 8–10), która w emocjach wymiata wszystko spod łóżka i przestawia domowe sprzęty tylko po to, żeby odnaleźć jedną zagubioną drachmę. Nie da się jej słuchać z kamienną twarzą, jeśli uruchomi się choć trochę wyobraźnię i zobaczy siebie lub kogoś nam bliskiego w podobnej sytuacji. Tak samo jest z ironicznymi porównaniami, kiedy to bogaty człowiek, który chce wejść do królestwa niebieskiego, dowiaduje się, że łatwiej niż jemu dostać się do Nieba, będzie wielbłądowi przejść przez… ucho igielne (Mt 19, 24).

Po co to wszystko?

Jednym z wyznaczników dojrzałości chrześcijańskiej jest reakcja na pojęcie „humoru Pana Boga”. Trzeba tu umieć zachować zdrowy rozsądek, umiar i umiejętność dostosowania środków wyrazu do okoliczności, by nie popaść w skrajności. Błędem jest zarówno stwierdzenie, że Panu Bogu nie można przypisać poczucia humoru (mamy świadomość, iż jest to metafora), jak i to, że Objawienie możemy odczytać na sposób kabaretowy, prześmiewczy, przekraczający granicę dobrego smaku. Oczywiste jest, że nie będziemy elementów komizmu doszukiwać się na przykład w opisach Męki Pańskiej.

Zdrowy humor to nic złego, jeśli w efekcie uczy nas śmiania się z samych siebie oraz autoironicznego dystansu do swojej własnej „wielkości” – wtedy staje się on bliski cnocie pokory. Księgi Pisma Świętego to cała prawda o Bogu i człowieku, dlatego można (i warto!) szukać w nich śladów Bożego poczucia humoru, żeby umieć pielęgnować, a także zachować w sobie samym tę cechę. Komizm pomaga usłyszeć prawdę – ocenić naszą realną pozycję wobec Boga, a potem nasze ambicje, wyobrażenia i egoizm skonfrontować z Jego planami.

Artykuł ukazał się w 19. numerze Miesięcznika “Adeste”