Kiedy 21 marca zeszłego roku wstawiłam pierwsze zdjęcie na Instagrama nie przypuszczałam, że tak wsiąknę. Na początku też nie za bardzo było co oglądać, bo odkrywanie tego medium społecznościowego odbywa się na zasadzie kuli śnieżnej. Dziś mój profil obserwują 284 osoby, a ja sama podglądam 1383 (tak, co jakiś czas robię czystki). Nie prowadzę tego profilu profesjonalnie, po prostu od czasu do czasu pozwalam sobie na chwilę relaksu. Chcecie odprężyć się w moim instagramowym świecie?

To lubię

W moim dniu nie ma miejsca na nudę, nie mam telewizji, rzadko otwieram komputer w domu, sporadycznie znajduję czas na lekturę. Mój czas na odmóżdżenie to zwykle kwadrans przed snem lub minuty urywane w trakcie gotowania wody na herbatę. Czasu jest mało, więc marnuję go tylko na to, co przyjemnie się ogląda. Dlatego mój instagram jest miejscem zaiste sielankowym, królują na nim piękne pejzaże, smakowite potrawy, kreatywne zabawy dla dzieci, ilustratorzy, urywki cudzej, ale bliskiej mi codzienności. Acha i mnóstwo sukien ślubnych. Czerpię z niego inspirację, pocieszenie, cieszę się szczęściem i rozterkami innych ludzi i to jest fajne. Mój ulubiony kawałek IG:

 

Jeśli odkryjesz w sobie hejtera

Zemdliło was  na samą myśl o tych cukierkowych obrazkach. Jest zatem i druga strona. Piękno, pięknem, ale na moim Instagramie nie uświadczycie tych naświetlonych, wyidealizowanych wizerunków ludzi czy wnętrz. Doceniam pracę włożoną w prowadzenie tych profili, ale doprowadzały mnie do frustracji – pogrążona w odmęcie prania, psich kłaków i walających się wszędzie zabawek zalewałam się niepotrzebnie żółcią. Widać to nadmiernie perfekcyjne piękno nie było dla mnie. Wywaliłam też większość profili motywujących do zmian, dbania o figurę, organizację czasu i oszczędzanie. Skoro nie udało mi się nic z tego wdrożyć w życie, to znaczy, że to do mnie nie pasuje i nie ma co sobie zawracać głowy. No i na koniec wyleciały wszystkie profile nie odpowiadające moim poglądom społeczno-politycznym. Dawno tak sobie nie wyczyściłam Instagrama jak przy okazji czarnego protestu. Jeśli napotykam na zdjęcie czy wpis, który wzbudza we mnie bezradną złość i mam ochotę wstawić komentarz dłuższy niż 3 zdania, to szybko się wypisuję, na chwilę przed przeobrażeniem się w trolla. Rezygnuję zawsze, gdy czyjeś wpisy wywołują we mnie zawiść, gniew, wrogość. Taka moja samoobrona potencjalnego hejtera.

Daj się ponieść reklamie

No i muszę się przyznać, że kompletnie beznadziejny ze mnie konsument. Trudno mi wybrać nawet rzeczy codziennego użytku. Do sklepu wybieram się w stanie najwyższej konieczności. Kupowanie prezentów to dla mnie prawdziwa zmora. No i wybranie miejsca noclegowego na wakacje, brrrr… Dlatego nie obrażam się, gdy ktoś promuje na IG wartościowe rzeczy, miejsca, akcje. Często chowam sobie różne wpisy do schowka i przy okazji korzystam. Jeśli uznaję, że nie podoba mi się sposób promocji czy produkt to sprawnie i bez sentymentu żegnam takie miejsce, bo i tak mam co oglądać. A trzeba przyznać, że Instagram jest świetną przestrzenią dla reklamy oddolnych pomysłów i niszowych biznesów. Taką reklamą mogę się z przyjemnością pokatować.

Pięć dziwacznych (nietypowych) profili, które lubię podglądać na IG

Czasem patrząc na podpowiedzi Instagramu zastanawiam się jaki algorytm sprowadził mnie na tę planetę, a czasem po prostu mówię: kupuję to! Kiedy spomiędzy tabunów zdjęć pejzaży, dzieci i jedzenia wygląda na mnie któryś z tych profili, to wyskakuję ze swojej szarej monotonii i patrzę sobie z ukosa. Czasem przyciąga mnie absurd, czasem jakiś ulotny urok, zobaczcie sami.

 

A co u nas?

Cóż, z Instagramu korzystam przede wszystkim łapiąc kadry naszej codzienności, głównie te fajne i kolorowe, ale bez specjalnego retuszu. Chcemy pokazać barwną stronę życia rodzinnego, które bywa postrzegane wyłącznie jako balast. Poza tym Instagram to taka kobieca strona naszej rodziny, większość zdjęć jest mojego autorstwa i, w trochę bardziej dynamiczny sposób niż na blogu, pokazuje moją wrażliwość i patrzenie na świat. Serdecznie zapraszam…

(Dla dociekliwych: celowo nie publikujemy zdjęć z twarzami naszych dziewczynek – generalnie staramy się oszczędzać ich wizerunek do minimum, również dla ich bezpieczeństwa (ale zdarzają się nam wyjątki). Także jeżeli podejrzewacie mnie o antytalent w dziedzinie fotografii rodzinnej, to w zasadzie macie rację, ale buźki ucinam całkowicie świadomie i z premedytacją.)