Ja ci dam „alleluja”, ty ***! – czyli o przesadzonej radości i przesadzonej gorliwości

Dawno nic tak nie popsuło krwi co poniektórych, jak przebieg Wigilii Paschalnej w jednym z łódzkich Kościołów doprawiony o różne elementy dodatkowe, na czele z pląsami przy ołtarzu. Jaka powinna być reakcja na takie eksperymenty?

Przypomnijmy: gdy niecałe dwa tygodnie temu Kościół na całym świecie cieszył się ze Zmartwychwstania swojego Pana, kościół oo. Jezuitów w Łodzi (pw. Najświętszego Imienia Jezus) chciał się jakby… cieszyć bardziej. Nieszablonowo, emocjonalnie, angażując wiernych do czynnego (i to jak czynnego!) udziału, urozmaicając to dodatkowo grą świateł, swego rodzaju „animacją”, wreszcie – tańcem. Wyszło to, jak wyszło (można samemu ocenić, zerkając tutaj), w każdym razie jedno, co na pewno można powiedzieć o tym wydarzeniu, to że nie można odmówić „organizatorom” dobrych intencji: chcieli rzeczywiście poruszyć innych ludzi, urozmaicić modlitwę, wyrazić prawdziwą radość z Wielkanocy, zarazić nią innych, i tak dalej. Wszyscy mieli być zaangażowani bardziej, niż to się normalnie w kościele zdarza: nie ma mowy o jakichś milczkach w ławkach, jak też o nudnych księżach przy ołtarzu. Uśmiechamy się, klaszczemy, tańczymy, śpiewamy, kołyszemy się razem, alleluja.

Nie trzeba było długo czekać, aż spotka się to z reakcją tych, którzy są szczególnie wrażliwi na liturgię, na to, co się odbywa w przestrzeni kościoła. Tym bardziej, że to w końcu Wigilia Paschalna – najświętsza Noc w roku, liturgia, która powinna być najstaranniej przygotowana, najpiękniej odprawiona, pełna tylu symboli i znaczeń, wybuchająca taką radością i mocą, że naprawdę trudno coś tu jeszcze „dodawać”. To trochę tak jak z różnymi innymi pomysłami na uczynienie Eucharystii bardziej atrakcyjną – tak, jakby to w ogóle było możliwe, coś w rodzaju pozłacania najczystszego i najbardziej błyszczącego złota. Nie ma co na siłę robić ze Mszy show – bo to już jest show samo w sobie, najpiękniejsze, niewyczerpane, tajemnicze.

W tym konkretnym przypadku sprawa jest jednocześnie i niezwykle prosta, i niezwykle złożona. To proste, bo gdy się ogląda relację z przebiegu tej celebracji, to każdy średnio zorientowany w przepisach liturgicznych obserwator zauważy, że gdyby faktycznie istniało coś takiego jak „policja liturgiczna”, to mogłaby wlepiać mandaty co parę minut, począwszy od drobnych przewinień i wykroczeń, na które od biedy można przymknąć oko, ewentualnie dać upomnienie, a skończywszy na jednak dość poważnych błędach, których nie można w żaden sposób usprawiedliwić. Nie będę w tym miejscu wymieniał całej listy, żeby nie rozwlekać zbytnio. Ale to jednocześnie złożone, bo gdy się np. poczyta/posłucha uczestników tej liturgii, to spotkamy się ze stwierdzeniami, że prawie każdy przeżył ją naprawdę głęboko, że jeszcze nigdy tak się nie modlił, rzeczywiście spotkał tam Żywego Boga, dotknął Zmartwychwstałego; do tego jeszcze tylu świeckich było zaangażowanych, tyle czytań, pięknych śpiewów, znaków… Myślę, że nie w każdej parafii po zakończeniu Wigilii Paschalnej spotkalibyśmy się z takimi radosnymi i szczerymi świadectwami.

Oczywiście, takie subiektywne odczucia nie mogą być usprawiedliwieniem dla ewidentnego posiadania przepisów liturgicznych (mówiących o tym jak powinna przebiegać Wigilia Paschalna) głęboko w nosie. Problem jest tak naprawdę inny: jak to oceniać i słusznie krytykować, ale jednocześnie nie wylewać dziecka z kąpielą, nie tworzyć kolejnego podziału w Kościele, a na gruncie indywidualnym: nie czynić krzywdy tym, którzy za to bezpośrednio nie odpowiadają, a doświadczyli naprawdę dobrych owoców, uświęcili się tej nocy, może nawet nawrócili?

Krótko mówiąc: nie może być tak, że w czasie, gdy Kościół rzeczywiście raduje się ze Zmartwychwstania Pańskiego i każdy chrześcijanin po tej Nocy powinien rzeczywiście chcieć skakać z radości, uśmiechać się szeroko, weselić się (nawet do szaleństwa, kiedy jak kiedy, ale to właśnie czas na to!) – na ludzi, którzy chcieli pod tym względem „pójść na całość”, wylewa się całe rzeki krytyki, obśmiania, lamentacji, odsądza od czci i wiary, porównuje do tańców przy rurze i zapasów w kisielu, stawia poza Kościołem, głosi potrzebę ekspiacji i wynagradzania Bogu tak, jakby odbyła się tam najcięższa profanacja, jakby co najmniej śpiewano świeckie i frywolne piosenki, ksiądz na homilii podważał nauczanie Kościoła, Mszę odprawiano na waflach i soku pomarańczowym, a celebrowała ją kobieta uzurpująca sobie święcenia. Chodzi mi o proporcje reakcji, o wytaczanie najcięższych dział i postawę (szczególnie w komentarzach internetowych) bardzo, bardzo daleką od chrześcijaństwa, od Okresu Wielkanocnego, od miłosiernego spojrzenia Zmartwychwstałego, od klimatu Paschy. Cel nie uświęca środków.

lodz

To nie oznacza, broń Boże, żeby problem bagatelizować. Ja też przejrzałem to nagranie z bardzo mieszanymi uczuciami, nie na moje nerwy coś takiego, zupełnie mi nie odpowiada tego rodzaju „urozmaicanie” liturgii (tak, jakby trzeba ją było w ogóle urozmaicać). Absolutnie nie powinny takie eksperymenty być dopuszczone i to jeszcze akurat w trakcie najważniejszej Mszy w ciągu roku – co innego w innym czasie, poza liturgią, ja wiem, można by kapitalnie wykorzystać ten zapał do mądrej ewangelizacji, do jakiegoś spotkania nawet w tym kościele już po Wigilii Paschalnej, jako przedłużenie świętowania, proszę bardzo. Ale, sorry, przepisy liturgiczne są po coś (a nie jako czyjeś widzimisię) i słusznie należy się krytyka wobec łódzkich oo. Jezuitów, bo to na nich ciąży odpowiedzialność za właściwą katechezę i liturgiczne wychowanie swoich parafian. Żadne tłumaczenia o „ataku lefebrystów” nie mają tu uzasadnienia. Najgłupszym rozwiązaniem jest powiedzenie w takim momencie; wara!, ludziom się to podoba, wszyscy się cieszą, jest miło, nie jest nudno.

Z drugiej strony, to wszystko znów sprowokowało mnie do myślenia o tym, co mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Ja też jestem bardzo przywiązany do liturgii, napisałem magisterium z liturgiki, zawsze mnie to pociągało, żyję liturgią (ba, nawet się za jej pomocą utrzymuję), byłem też – jak większość młodych pasjonatów liturgii – raczej radykalny pod tym względem; radykalny, czyli po prostu irytowało mnie, gdy się liturgię lekceważy, odprawia byle jak, nie dba o szczegóły, o jej piękno i to wszystko, co sprawia że jest to święty czas i miejsce.

missale

Tylko że… jednocześnie nabywam od dawna przekonania, że naprawdę najważniejsze jest to, co dzieje się w sercu. Bardzo ważne jest przestrzeganie prawa, jest wręcz niezbędne, bo przez nie wyraża się miłość do Kościoła, przecież wiadomo że nie chodzi o jakiś tani sentymentalizm i samą uczuciowość w rodzaju „robienia klimatu”. Ale najważniejsze dzieje się w sercu, mimo wszystko. Może to kogoś zgorszy, oburzy, zdziwi – ale liturgia jest dla człowieka, nie dla Boga. Jest kultem oddawanym Bogu, ale przynosi korzyść człowiekowi, przecież Bogu nie można już nic dodać. Bóg ma być w niej nieustannie w centrum, powinna być absolutnie teocentryczna – ale celem jest uświęcenie człowieka. Źle się dzieje, gdy to uświęcenie odbywa się przez wykoślawione uwielbienie i celebrację, bo cel nie uświęca środków – ale sposób oceny i krytyki choćby takiego zjawiska jak łódzko-jezuicka Pascha też coś mówi o krytyku. Jeśli to się kończy klasycznym waleniem Ewangelią (albo dokumentami Kościoła) po głowie, to skutek może byś tylko gorszy od zamierzonego. Do miłości nie można nikomu zmusić – a przestrzeganie przepisów liturgicznych jest, według mnie, wyrazem największej miłości do Kościoła.

Często przy takiej okazji przywołuje się werset z Psalmu 69, kojarzony z kolei z ewangelicznym obrazem wypędzania przez Pana Jezusa kupców ze Świątyni:

Gorliwość o dom twój pożera mnie.

Ale wydaje mi się, że to jednak pewne nadużycie, nadinterpretacja. Czy to dobrze, gdy gorliwość o piękno liturgii i jej właściwe sprawowanie pożera człowieka, sprawia że go to całego pochłania, o niczym innym już nie myśli? Nie, uważam że to naprawdę nie o to chodzi. Kupczenie w Świątyni to jednak co innego niż błędy liturgiczne. Można całą mszę spędzić na wychwytywaniu takich błędów, skupianiu się na tym, co jest robione źle – ale to nie wyda żadnych dobrych owoców. A jeśli przy tym nosimy w sobie pogardę wobec drugiego człowieka, a swoją wobec niego wyższość, to już zupełnie wszystko jest postawione na głowie. Wiem po sobie. Podczas liturgii lepiej skupić się na sobie (na swoim sercu) niż na innym, nie pozwolić swojego wewnętrznemu „liturgicznego terroryście” być na wierzchu. Taki zdrowy dystans do tego, co nie zależy od nas, za co my nie ponosimy odpowiedzialności. Być wolnym od irytacji, złośliwości, skrupulanctwa. Być gorzkim po Słodkiej Uczcie – absurd!

  • Muzzy

    „Kupczenie w Świątyni to jednak co innego niż błędy liturgiczne. Można całą mszę spędzić na wychwytywaniu takich błędów, skupianiu się na tym, co jest robione źle – ale to nie wyda żadnych dobrych owoców”

    Uważam, że lepiej to troszkę rozgraniczyć. Co innego błędy liturgiczne, które po prostu się zdarzają. Czy to świadomie wprowadza się jakieś dziwne, ale drobne elementy do Liturgii, czy też są to po prostu błędy, zaniedbania, zła interpretacja.

    Co innego przerobienie całej Liturgii, bo takie zmiany prowadzą do zmiany znaczenia Liturgii, a przynejmniej do niezrozumienia jej znaczenia. Nawet osoby „nie będące w temacie” zauważą, że coś jest nie tak, że coś zostało zniekształcone, podczas gdy drobnych błędów, uchybień czy wpadek nie zauważą. Kilku osobom się to spodoba, bo to takie fajne, nowoczesne, ale ileś osób wyjdzie zgorszonych.

    • Tak, to prawda. Co innego przypadkowe potknięcia, co innego świadome postępowanie wbrew przepisom (ważniejszym lub mniej istotnym), a co innego rutynowe przyzwyczajenie do czegoś nieprawidłowego. Nie ukazałem tego w moim tekście jakoś szczególnie (takiego podziału).

  • Dobry tekst, podoba mi się wyważenie.
    Pozostaje pytanie: co mogę w tej sytuacji zrobić?

    To już stara sprawa, ale niejako powiązana: http://gloria.tv/media/5kvr2EViE3T/connection/hd
    W skrócie, w czasie 3 niedzieli adwentu ksiądz w Katowicach zaprosił na mszę ekipę z wielką maskotką-smokiem, który tańczył na prezbiterium w rytm piosenki Magdy Anioł „Solo Dios basta”.

    Po obejrzeniu tego materiału i rozmowie (na FB) ze znajomymi, napisałem list do proboszcza tej parafii. Powiedziałem mu szczerze, że jako członek Kościoła nie czuję się dobrze widząc taką oprawę liturgii i że obawiam się o efekty, jakie ten bansujący smok wywrze na psychice dzieci.

    Czy, żeby być w zgodzie z własnym sumieniem, nie powinienem do oo. jezuitów napisać podobnego listu?

    Jestem ciekawy co myślisz.

    • Myślę, że łódzcy jezuici mają teraz trochę na głowie po tym wszystkim – i Twój list byłby którymś z kolei, na którym nie wiem, czy chciałoby się im odpowiadać (mi by się pewnie nie chciało po takim szturmie…). Ale to też nie byłoby nic złego, jeśli taki list byłby spokojny, rzeczowy, konkretny i nie za długi, jako zwyczajny wyraz swoich własnych odczuć, czemu nie.

  • umatteo

    Ciekawe spostrzeżenia. Ja po Facebook’owych atakach na tychże jezuitów miałem z kolei smutne poczucie operowania przez rożne osoby już nie pojęciem chrześcijanina, nawet nie pojęciem katolika, ale pojęciami my tradycjonaliści i wy NOM’owcy. Takie sztucznie wyseparowane z chrześcijaństwa pojęcia po to, aby toczyć wzajemne wojenki. Coś niedobrego wdarło się do Kościoła, skoro jeden chrześcijanin patrząc na drugiego nie myśli o nim jako o chrześcijaninie, czy katoliku, ale jako o tradsie lub NOMowcu. Patrząc po sobie, któremu już nie chce się w tym uczestniczyć i po autorze tego wpisu mam ciągle nadzieję, że jednak z tego się z czasem wyrasta. Na całe szczęście Pan Jezus nie założył ani tradycjonalistów, ani NOM’owców, ale chrześcijaństwo. A biorąc pod uwagę Jego wyłamywanie się tradycji i przepisom religii w której wzrastał, to właśnie On był pierwszym NOM’owcem i to jakim. Smutek tylko ogarnia jak księża, których znam udostępniają teksty, w których padają absurdalne słowa, że w Azji i Afryce chrześcijanie giną dla Jezusa, a w Polsce tańczą i machają flagami. A przecież krew męczenników posiewem chrześcijan! To jest słabe, bardzo słabe. Czy to, że chrześcijanie giną w innych krajach, jest powodem abyśmy i my, którzy nie musimy ginąć za wiarę, robili z siebie męczenników żeby być podobnym do nich i w ten sposób epatować wiarą? Wariat szuka męczeństwa, a chrześcijanin je przyjmuje jak ono przychodzi do niego, ale go nie szuka na siłę.

  • umatteo

    Ciekawe spostrzeżenia. Ja po Facebook’owych atakach na tychże jezuitów miałem z kolei smutne poczucie operowania przez rożne osoby już nie pojęciem chrześcijanina, nawet nie pojęciem katolika, ale pojęciami my tradycjonaliści i wy NOM’owcy. Takie sztucznie wyseparowane z chrześcijaństwa pojęcia po to, aby toczyć wzajemne wojenki. Coś niedobrego wdarło się do Kościoła, skoro jeden chrześcijanin patrząc na drugiego nie myśli o nim jako o chrześcijaninie, czy katoliku, ale jako o tradsie lub NOMowcu. Patrząc po sobie, któremu już nie chce się w tym uczestniczyć i po autorze tego wpisu mam ciągle nadzieję, że jednak z tego się z czasem wyrasta. Na całe szczęście Pan Jezus nie założył ani tradycjonalistów, ani NOM’owców, ale chrześcijaństwo. A biorąc pod uwagę Jego wyłamywanie się tradycji i przepisom religii w której wzrastał, to właśnie On był pierwszym NOM’owcem i to jakim. Smutek tylko ogarnia jak księża, których znam udostępniają teksty, w których padają absurdalne słowa, że w Azji i Afryce chrześcijanie giną dla Jezusa, a w Polsce tańczą i machają flagami. A przecież krew męczenników posiewem chrześcijan! To jest słabe, bardzo słabe. Czy to, że chrześcijanie giną w innych krajach, jest powodem abyśmy i my, którzy nie musimy ginąć za wiarę, robili z siebie męczenników żeby być podobnym do nich i w ten sposób epatować wiarą? Wariat szuka męczeństwa, a chrześcijanin je przyjmuje jak ono przychodzi do niego, ale go nie szuka na siłę.