Pierwsza część naszej relacji z powstawania kalendarza-szopki została zamieszczona przed rozpoczęciem Adwentu. Wówczas jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak szalony będzie ten czas. Ledwo znaleźliśmy chwilę, na wykonanie z maluchami (głównie z Basią – lat 2 i 9miesięcy) naszych zadań, na relacje zabrakło nam sił i tylko od czasu do czasu wrzucaliśmy zdjęcie wypełniającej się makiety. Dziś poświątecznie łapiemy oddech i pokazujemy, jak nasz Kalendarz Adwentowy budował się dalej – może komuś przyda się na kolejny Adwent?

Słowo wyjaśniające

Pierwszy tydzień Adwentu wiele zweryfikował. Przede wszystkim skłonił mnie do okiełznania moich wybujałych oczekiwań. Moje dziecko o poranku nie poszukiwało z entuzjazmem nowej wiadomości i dopiero na 3 dni przed świętami zaczęło samo zauważać: „O! Nowy list” <nawet wtedy, gdy z listem był drobny upominek>. Zadania przyjmowało z umiarkowanym zaciekawieniem i w pewnym momencie miałam poczucie, że to wszystko jakieś takie naciągane. Trzeba było przypominać, przygotowywać cały dzień do realizacji zadania. Ogarniało mnie zniechęcenie.

To była dla mnie chyba taka alternatywna forma rodzicielskiego Adwentu, bo wraz ze zbliżaniem się Świąt Bożego Narodzenia te wszystkie starania przyniosły owoce, których ja przestałam nawet oczekiwać. Teraz z radością podbiegamy z Basią do Szopek przygotowanych w domach, na placach w kościołach i odnajdujemy postaci z naszej domowej wersji Betlejem.

Inną sprawą pozostaje sposób konstruowania misji do naszego kalendarza. Komunikacja za pomocą listu była strzałem w dziesiątkę, jednak musieliśmy zwrócić uwagę, aby samo zadanie było jednoskładnikowe. Szybko okazało się, że np. czytanie fragmentu jakiejś opowieści, a później odwołujące się do tego inne czynności są dla naszego malucha zbyt nużące (choć zwykle jest wytrwałym czytelnikiem). Dlatego na bieżąco rozbijaliśmy wcześniej wymyślone koncepty na zadania cząstkowe.

Szybko też zorientowaliśmy się, że najlepszym czasem na wspólną realizację misji jest wieczór po uśpieniu Jadzi, listy zwykle czytaliśmy wspólnie jeszcze rano, ale faza finalna wymagająca koncentracji wymuszała odsunięcie siostry pożerającej, rozwalającej i chcącej do mamy na ręce. Żeby cały ten pomysł miał sens, trzeba było poświęcić B. 100% uwagi i cierpliwości, choćby to miało być 15 minut.

Dziś cieszę się niepomiernie, że nie poddaliśmy się po pierwszym trudnym tygodniu i wszystkim rodzicom, którzy podejmą próbę adwentowej pracy z dziecięcą duchowością życzę właśnie wytrwałości.

 

Tydzień II – czas przygotowań

  1. Przygotowujemy karty świąteczne do wysłania, cz. 1. Malujemy paluszkami po wyciętych blankietach kart. Opowiadamy o tradycji wysyłania kartek na Święta
  2. Karty świąteczne cz. 2. Przyklejamy filcową choinkę do świątecznych kart. Opowiadamy do kogo konkretnie wędrują karty. U nas ze względu na fascynację strażakiem Samem wysłaliśmy jedną kartkę do lokalnej OSP, co bardzo się podobało Basi i było dla niej bardziej namacalne.
  3. Wysyłamy karty świąteczne na poczcie – uczymy dostrzegać trudną pracę ludzi w okresie Adwentu i w Święta
  4. Porządki – przygotowujemy dom na przyjście Pana Jezusa.
  5. Wycinamy pierniki. Mnie to zadanie kosztowało tyle cierpliwości, że miałam ochotę ciepnąć całą stolnicę za okno.
  6. Ozdabiamy pierniki To zadanie ostało się tylko dlatego, że wykonywał je z Basią Janek – mama miała wychodne.
  7. Zwierzęta w Arce Noego. Czytamy biblijną opowieść o Arce Noego. W szopce pojawiają się zwierzątka. Nasze dzieciaki mają jeszcze taką grającą Arkę Noego (widziałam też sortery), tego typu zabawki można użyć np. do inscenizacji dla dziecka opowieści, zamiast czytania.

 

Tydzień III – elementy świąteczne

  1. Świat stroi się na święta, wycieczka z oglądaniem iluminacji. My w trakcie jazdy zdecydowaliśmy się zrezygnować z głównych dekoracji na Starówce i Trakcie Królewskim (przejechaliśmy tylko wolniutko przez pl. Na Rozdrożu), ze względu na duże zainteresowanie trudno byłoby nam wieczorem zaparkować, a przy dopiero wyleczonych maluchach nie chciałam ryzykować długiego wędrowania wieczorową porą. Wybraliśmy się za to na krótki spacer po pięknie udekorowanej ul. Francuskiej, a potem wizytę w dzieciowej kawiarni na Saskiej Kępie.
  2. Zaproszenie zielonego gościa. Początkowo planowaliśmy, aby B. pojechała z tatą wybrać choinki, ale nijak nie mogliśmy tego wcisnąć w nasz grafik. Przygotowaliśmy więc Basię na to, że wieczorem zaprosimy razem choinkę do naszego domu (w liście było wyjaśnione skąd bierze się symbol zielonego drzewka), zawołaliśmy na klatce „Choinko” i wkrótce przy pomocy taty pojawiła się pod drzwiami. Później ubieraliśmy ozdoby choinkowe.
  3. Dlaczego Pan Jezus nie urodził się w szpitalu? Czytamy opowiadanie z Biblii dopasowanej do wieku dziecka, tak aby Ewangelia podczas Wigilii była bardziej zrozumiała. Można zastąpić kolorowanką/scenką, jeśli maluch woli taką formę.
  4. Czujni czytelnicy wiedzą, że wyjście na roraty miało się odbyć w pierwszym tygodniu. Zwyczajnie nie dało rady. Dla nas wyzwaniem logistycznym było wybranie się na roraty w ogóle. A dla mnie potężnym wyzwaniem rodzicielskim było pozwolenie Basi na wniesienie do kościoła i trzymanie zapalonego lampionu(!)
  5. Nauka kolędy „Przybieżeli do Betlejem”. List tłumaczy kim byli pasterze i czym się zajmowali. Pamiętamy o dbaniu o potrzeby naszych zwierząt domowych.
  6. Opłatek. List tłumaczy czym jest opłatek i kiedy będziemy go dzielić. Wyprawa po zakup opłatka. U nas przez zawirowania chorobowo logistyczne ten punkt został na bieżąco zmieniony w wysłanie taty z misją.
  7. Opowieść o gwieździe, która wskazuje drogę do stajenki – montujemy gwiazdę na dachu stajenki. Początkowo planowałam zrobienie gwiazdy razem z B., ale dopadły nas choroby i cały dzień B. walczyła z gorączką. Finalnie gwiazdę zamontowaliśmy w wigilię, razem z włożeniem Pana Jezusa do szopki.

 

Tydzień IV – Wigilia Bożego Narodzenia

  1. List przygotowuje do tego jak będzie wyglądać wieczerza + figurka Pana Jezusa do umieszczenia w szopce. Figurkę (u nas obrazek) umieszczamy dopiero w samą wigilię, po przeczytaniu fragmentu Ewangelii.

 

Boże Narodzenie – czas na refleksję

Kiedy spojrzałam na nasz Adwent zapychając się karpiem od mamusi, pomyślałam sobie: Rety, skąd my wzięliśmy tyle siły i czasu, żeby w ten zabiegany miesiąc wcisnąć jeszcze jakieś prace nad kalendarzem Adwentowym. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że dzięki narzuceniu sobie tego obowiązku wykroiłam z tej bieganiny jakikolwiek czas poświęcony dzieciom. Dzień w dzień. Pilnowałam ich, ale też i siebie, by nie czekać na PseudoMikołaja tylko na Narodzenie Pana. I dzięki temu w naszym domu narodziła się Radość.