Jednym z największych błędów, jakie popełniamy przy okazji Adwentu, jest sprowadzanie go do czasu „radosnego oczekiwania”. Mnóstwo jest z tego powodu nieporozumień.

Pomieszanie z poplątaniem

Przecież łacińskie „adventus”, od którego pochodzi nasz Adwent, oznaczanie nie oczekiwanie, ale przychodzenie. W nasze kościelne myślenie wkradł się trochę ten światowy pośpiech, który sprawia, że już rozbłyskują światełka na choinkach, z głośników sączą się delikatne christmas songs… gdy do tego wszystkiego śnieg poprószy, to magia świąt pełną gębą. Co prawda w kościele nie stoją jeszcze choinki – ale wydaje mi się, że gdyby spytać przypadkowe osoby, które nawet przyjdą do świątyni na mszę w I Niedzielę Adwentu, po co jest ten czas, to większość powie, że to przygotowanie do Bożego Narodzenia. Serio? A czytań to ktoś słuchał, choćby jednym uchem? Tam nic nie ma o wypatrywaniu małego, słodkiego dzieciątka – tylko niespodziewanego złodzieja, który wtargnie nie wiadomo kiedy; gdy się to dziać zacznie, to nie będzie świątecznej atmosfery, magii świąt i rozczulającego klimatu dzwoneczków przy saniach – tylko trwoga narodów, ludzie mdleć będą ze strachu, moce niebios zostaną wstrząśnięte, i takie tam.

15875084196_a5d8e0fd58_o

Szybko, szybko, już!

W praktyce nie myślimy o tym. Również w praktyce duszpasterskiej – może i nie śpiewamy kolęd, ale pieśni z drugiej części Adwentu (od 16 XII) jak najbardziej. Codzienne Roraty – piękna tradycja, szansa do dobrego postanowienia adwentowego, wyćwiczenia się w wytrwałości… ale dlaczego w zdecydowanej większości kościołów zostawiamy je takimi, jakie są, czyli niedostosowanymi do rzeczywistego przesłania liturgicznego? Jeśli ktoś chodzi codziennie na Roraty, to w zasadzie w ogóle nie doświadczy „klimatu” pierwszej części Adwentu, bez której ta druga, przygotowanie do Świąt, nie ma pełnego sensu. Wyśpiewa codziennie hymn Chwała na wysokości Bogu (bo w polskiej rzeczywistości dla większości księży logiczne stwierdzenie, że nie powinno go na Roratach być, brzmi jak czepialskie bajdurzenie), a gdy przyjdą Święta, to nie zabrzmi mu on (hymn anielski, wyśpiewany podczas pierwszej Pasterki!) jako coś nowego, świeżego, prawdziwie świątecznego, bo będzie miał go już po uszy przez ostatnie trzy tygodnie. Podobnie, jak każdego dnia wyśpiewa (lub wysłucha), że Archanioł Boży Gabryjel zwiastował, a fioletowy kolor zobaczy tylko w niedziele – to, sorry, ale coś tu jest nie tak. Na dokładkę: „wigilie” i „opłatki” w pracy, z towarzyszeniem kolęd, oczywiście przed Świętami – tak, jakby nie można było z tym zaczekać do właściwego czasu. Niestety, często odbywa się to z błogosławieństwem Kościoła, w osobie lokalnego dobrodzieja.

kolędy przed Narodzeniem
małżeństwo przed ślubem
seks przed miłością
dom przed własnością
wypłata przed pracą
wyniki przed badaniami
osądy przed Ostatecznym

nie umiemy czekać
umrzemy przed śmiercią

Ks. Wojciech Węgrzyniak

Coś nas uwiera

Bardzo lubię Adwent, bo w nim bardzo mocno widać to, co jest (powinno być) cechą Kościoła: coś tu uwiera, jest niepokój, coś jest nie tak, nie ma świętego spokoju, spoczęcia na laurach. Wręcz przeciwnie: pełno paradoksów, mojego ulubionego et-et. Sporo ludzi myśli, że Adwent to taki „mniejszy Wielki Post” – tylko że w Poście wszystko jest konkretne: post, pokuta, nawrócenie, modlitwa, czterdzieści dni, Męka Pańska itd. A w Adwencie wszystko jest konkretne inaczej, na opak, nie tak jak nam się zdaje. Człowiek adwentowy (a przecież wszystko jest Adwentem) nie jest stąd, ciągle wie, że na coś czeka, a jednocześnie to coś już jest, już trwa. Czekamy na Pana, a On jest, przyjdzie i już przyszedł. Sąd Ostateczny dokonuje się przecież w każdej chwili naszego życia. Koniec świata nie jest jakimś odległym, niewyobrażalnym i nieco fantastycznym wydarzeniem, nie dotyczącym nas – ale jak najbardziej codziennością; koniec świata jest wtedy, gdy nie kochamy swojej żony/swojego męża, zaniedbujemy nasze dzieci, nasze powołanie, nasze obowiązki. Koniec świata jest wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie przystąpić do Komunii Świętej.

To ciekawe, że bardzo często potwierdza się reguła, zgodnie z którą im  bardziej ktoś jest niewierzący, tym bardziej zwraca uwagę na ozdoby, wystrój, atmosferę, klimat, całą tę zewnętrzność Bożonarodzeniową (dobrze, że chociaż tak nazywaną). Stroikami zasłaniamy myśl o Paruzji, lampkami zapowiedź gromu wstrząsającego ziemią, i tak dalej. Żeby nie było – ja też bardzo lubię te dekoracje, całą otoczkę Świąt, przystrajanie domu, przygotowywanie pierniczków, zapach makowców, choinkę, światełka… to wszystko jest ważne, nie można „przeginać” w drugą stronę i zaniedbywać ważnego aspektu naszego życia, jakim jest zewnętrzna odświętność, tradycja, obyczaje. Nie w tym rzecz, żeby wylewać dziecko z kąpielą, ale żeby nie zapomnieć i o jednym, i o drugim.