Kocham cię, życie! – czyli o prawdziwej, wymagającej, radości

Jestem z reguły optymistą. Życie jest wspaniałe! Świat jest piękny – nawet w męczące upały (jak w ostatnich dniach) można Panu Bogu za wszystko dziękować, choćby za brak konieczności codziennego odśnieżania, czasochłonnego ubierania się w ciepłą odzież, albo też za możliwość rozwijania umiejętności zaradnego radzenia sobie ze skwarem, zmyślnego poszukiwania chłodu i cienia, dostarczenia motywacji do wypijania pięciu litrów wody dziennie et cetera. W każdym razie: zawsze można skupiać się raczej na tym, że nasz traktor ma trzy koła sprawne (chociaż jedno popsute), a nasza szklanka jest przede wszystkim do połowy pełna (chociaż w połowie pusta).

Złota równowaga

Zdrowe nastawienie do życia jest mniej więcej takie: potrafię dostrzec jego zarówno dobre jak i złe strony, blaski i cienie, radości i smutki. Potrafię je w miarę obiektywnie rozróżnić, nadać właściwe proporcje, niczego nie wyolbrzymiać ani nie przejaskrawiać. Jednak… bez wątpienia akcent powinien być stawiany na dobru!

Skoncentrowanie się na złej stronie medalu nigdzie nas nie zaprowadzi – chyba że w błędne koło, zacierające powoli ślady dobra i prowadzące po jakimś czasie do przeświadczenia, że mrok jest mocniejszy niż światło, będzie już tylko gorzej, nic się nie da naprawić i w ogóle wszystko jest do… bani.

Z kolei widzenie tylko i wyłącznie dobra też nie jest zdrowym objawem, może niebezpiecznie prowadzić do idealistycznego pięknoduchostwa, oderwanej od ziemi iluzji, utopijnego myślenia pacyfistycznych dzieci-kwiatów, roześmianych od ucha do ucha, że wszystko jest fantastyczne, czyste, właśnie dobre, nic nas krępuje ani nikt nie czyha z wrogimi zamiarami.

Jeszcze raz: dobrze akcentować!

Akcentować, tak jak już o tym pisałem, nie oznacza wymazywać jakichś sylab w wyrazie – ale zwracać uwagę na te ważniejsze. Żyć radośnie, pełnią życia, odważnie i z nadzieją – nie jest niczym innym, jak wypełnieniem polecenia Pisma: w każdym położeniu dziękujcie (1Tes 5,18). Oczywiście, to nie takie proste – wydaje mi się że to jedno z najtrudniejszych wymagań chrześcijaństwa: być zrównoważonym w swoim postrzeganiu różnych wydarzeń, umieć nazwać po imieniu dobro i zło, a jednocześnie dziękować (nawet w trudnym położeniu), żyć radością, nadzieją i zawsze chwalić Boga za to, co nam daje.

Żyć prawdziwie to umieć płakać, gdy trzeba – ale nie rozpaczać. Uznać, że jest się przytłoczonym aktualnymi trudnościami życiowymi – ale ufać w Boże błogosławieństwo. Umieć się wygłupiać, szaleć, bawić, śmiać, tańczyć ze szczęścia – ale nie tracić trzeźwości. Dać się ponieść emocjom, intuicjom, swobodzie, wolności – ale nie zgubić horyzontu, życiowego kompasu, nie wytrącić ze steru rozumu i woli, nie zapomnieć o ostatecznym celu.

Kocham – dlatego protestuję

Kocham, uwielbiam życie! – ale to dlatego napisałem tekst o aborcji i in vitro, jako hańbie naszych czasów. To najprzebieglejsza sztuczka Złego: wykorzystać najlepsze i najświętsze intencje do czynienia zła, trafić w najpiękniejsze na świecie instynkty rodzicielstwa, matczynej miłości, pragnienia dziecka – aby za ich fasadą nieść śmierć. Tak omamić świat, że w obliczu zdemaskowanego skandalu handlowania poćwiartowanymi szczątkami zamordowanych dzieci trąbić przez kilka dni w mediach o zastrzelonym lwie w Zimbabwe. Uczynić z nas egoistów, myślących na opak, wykoślawiających nasze podstawowe pojęcie: miłość. Jeśli ktoś zwraca na to uwagę, to nie dlatego, że nagle stał się potwornym radykałem o niebezpiecznych poglądach, frustratem widzącym tylko zło, nienawidzącym inaczej myślących, zimnym i nieczułym fundamentalistą religijnym, z utraconą wrażliwością na potrzeby drugiego – ale dlatego, że chce widzieć całość rzeczywistości, a nie tylko jej wygodny wycinek, nie udawać że jakiś problem nie istnieje, nie poddawać się takiej lub innej poprawności w myśleniu, ale po prostu stawać w prawdzie.

Niektórzy moim znajomi byli zdumieni tym tekstem, jego jednoznacznością, ostrością wypowiedzi, czasami przekazując mi to wprost, publicznie lub prywatnie. Cóż, może nie zawsze udaje mi się samemu przestrzegać zasad, o których wspomniałem niedawno, ale staram się nikogo nie urazić. Może pewne treści należy inaczej ująć w inne słowa – ale czy zbytnia ostrożność nie prowadzi czasami na manowce rozmydlenia, mgławych ogólników, wieloznacznych banałów? Stwierdzenie pewnych faktów, logiczne wyciągnięcie wniosków – nie może być zabronione lub przyjmowane z oburzeniem, nie mówiąc już o swobodnym przekręcaniu czyjejś wypowiedzi i przypisywaniu poglądów, które wcale do autora nie należą.

Na szczęście jest Kościół

Kropla drąży skałę: o. Grzegorz Kramer SJ tak uporczywie, codziennie, niemal natrętnie przypomina (jeśli ktoś nie ma z nim do czynienia na żywo, to na jego blogu, na Facebooku lub Twitterze), że BÓG JEST DOBRY, że nie sposób tego nie zauważyć, nie zatrzymać się w końcu przy tych jakże prostych, prawdziwych (wydaje się że banalnych) słowach. Rozbiór tego zdania prowadzi do konsekwencji tak do bólu jednoznacznych i czytelnych, że aż dziw bierze, jak wielu tego nie zauważa. Tak chyba często jest z rzeczami najważniejszymi, podstawowymi – może zauważamy je, ale uciekamy przed ich wyrazistością i wezwaniami? BÓG JEST (samo to można w nieskończoność rozważać, wystarcza na wszystko), do tego jest DOBRY (to już odlot).

Tylko w Bogu i w Jego Kościele można znaleźć tę równowagę miedzy miłością a stawianiem wymagań, radością a spokojem, mądrością a ufnością, wolnością a posłuszeństwem, posiadaniem swojego zdania a słuchaniem Magisterium, kierowaniem się własnym sumieniem a pokorą ucznia, dziecięcym szaleństwem a dziecięcą ufnością. Chrześcijańskie et-et. To jest Kościół prawdziwy, nie ten znany z czołówek medialnych, pokazany w krzywym zwierciadle jako prowadzący nieustanne kłótnie między upominającymikochającymi, w ostry sposób (jak on w ogóle śmie!) tłumaczący Boże prawa w kontekście dzisiejszej rzeczywistości, wtrącający się do polityki, odbierający ludziom nadzieję, wykluczający, ekskomunikujący, prowadzący na stos. Co za brednie! Uwierzyć w taki obraz Kościoła – to najprostsza droga do rozpaczliwego stwierdzenia, że trwanie w nim nie ma zupełnie sensu. Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu – wtedy wszystko jest na pierwszym miejscu. To też niby banał – ale nigdy dość o nim przypominać.