Dla osób znających mnie z dawnych lat jednym z największych zaskoczeń jest fakt, że zostałam podwójną mamą i nikt mnie do tego nie zmusił. Macierzyństwo nigdy nie było moim marzeniem, właściwie nie przepadam za dziećmi, a jednak to właśnie ta droga przyniosła mi wiele szczęścia i wewnętrznego pokoju. Jak to się stało? Przeczytajcie sami…

Będąc młodą dziewczyną podjęłam decyzję o ograniczaniu relacji damsko-męskich do minimum i opracowałam system trzymania dystansu do płci przeciwnej. Byłam po prostu bardzo przeciwna płci przeciwnej. Tkwiące we mnie pragnienie romantycznej miłości jakoś nie pasowało do napotkanej codzienności, więc przygotowywałam się raczej do tego, by nie zwariować żyjąc w pojedynkę. Było to tym prostsze, że nie znajdowałam w sobie tego naturalnego dla wielu dziewczyn pragnienia macierzyństwa, a dodatkowo historie okołoporodowe z mojej linii żeńskiej należą do tych mrożących krew w żyłach. Oooo! Gdyby nie Janek, nikt by mnie w to nie wkręcił.

No, ale cóż zrobić. Na mojej drodze pojawił się Jaś i przede wszystkim uświadomił mi, że pomysł na małżeństwo bez zamiaru posiadania potomstwa w żaden sposób mu nie odpowiada. Nie bardzo też pojmował skąd mi przyszło do głowy, żeby adoptować może zamiast własne mieć. Przeżyliśmy w tym temacie wiele burzliwych rozmów i jakoś doszliśmy do porozumienia na tyle, by wejść razem w małżeństwo.

Moja niechęć do posiadania dzieci polazła w małżeństwo razem za mną i z cierpiętniczą miną rozważałam czy to już trzeba się pakować w to rodzicielskie bagno czy może jeszcze trochę pokorzystać z życia… I na dodatek mój mąż snuł swoje wizje o wielodzietnej rodzinie niczym wonne pajęczyny. No way! Niech sobie rodzi sam, jak taki mądry…

Jak wielkiego kopniaka od losu musiałam dostać, żeby moje ciało i duch dojrzało do pragnienia dziecka? Najpierw ziarna niepokoju i niecierpliwości, gdy lata mijały, a my nadal byliśmy tylko we dwoje i coraz bardziej wyczuwało się napięcie i brak… kogoś. Później serce rozdarte na kawałki, gdy przeżywaliśmy razem stratę. Jeden raz.. Drugi… A potem lęk, nadzieja i całkowite porzucenie jakichś bzdurnych, dziecinnych przeświadczeń, że do bycia mamą można się nie nadawać. Potem pozwoliłam, aby moje ciało, umysł i dusza zatopiły się w tym, co dla kobiety winno być naturalne, a dla mnie wydawało się jakąś abstrakcją.

Doświadczenie porodu, który postrzegałam jaką krwawą jatkę, dało mi siłę, dystans do świata, otrzeźwiło i ustawiło priorytety. Wszystko było inaczej niż mi się wydawało. Takiej lekcji trudno doświadczyć w innych okolicznościach. Są momenty, kiedy macierzyństwo daje poczucie mocy, dla mnie taką chwilą były narodziny Basi. Skoro przeżyłam TO, to znaczy, że przetrwam o wiele więcej niż mi się wydaje.

Bycie mamą nie jest moim marzeniem i nigdy nie było. Nie chcę, aby już na lata macierzyństwo było pępkiem mojego świata. Ale jest moim szczęściem tu i teraz. Czasem staje się tak modną lekcją minimalizmu i uważności. Bywa, że dzień z dziewczynkami przypomina walkę o przetrwanie, gdy trudno znaleźć chwilę by zadbać o relację w związku czy choćby zapewnić swojemu ciału konieczną dawkę snu i odpoczynku. Nie mówiąc już o jakichkolwiek formach życia pozadzieciowego.

Z perspektywy obserwatora bycie mamą to średnio kolorowa sprawa. Ugotuj (i zmierz się z fochem nad talerzem), posprzątaj, wytrzyj smarki, pociesz, wyślij w kosmos milion dobrych rad, wylecz, ubierz, dogoń… I tak codziennie. Trzeba być szalonym, żeby wszystkie te codzienne deficyty zaspokajać małym, szczerbatym uśmiechem. I ja sobie już po prostu darowałam logiczne wyjaśnienia tego fenomenu. Macierzyństwo to po prostu kawałek nieba w sercu i tyle. Kropla bożej perspektywy na ten zwariowany świat. Tak się potoczyły moje losy, że stałam się mamą, ale nie ekspertem od dzieci i w sumie dobrze mi z tym.