Tak się składa, że nasza rocznica małżeńska (w tym roku piąta!) wypada 23 czerwca, w Dzień Ojca. Gdy wybieraliśmy datę ślubu, to myśleliśmy raczej o naszych tatach – że to będzie dla nich prezent, taki miły zbieg okoliczności… a teraz już trzeci raz sam obchodzę naszą rocznicę jako ojciec. Podwójna okazja, zbieżność dwóch moich życiowych ról. Która z nich jest ważniejsza, która powinna dominować?

To wpis z kategorii tych krótszych na naszym blogu. Może trochę chaotycznie. Żyjemy obecnie w zwariowanym czasie sporych zmian w naszym życiu: ja szukam nowej pracy, razem staramy się wygarnąć nieco czasu dla siebie podczas przyśpieszonego urlopu, jednocześnie ogarniając dwa maluchy, które pragną nas eksploatować na okrągło.

Pomiędzy byciem mężem a byciem ojcem nie ma oczywiście żadnej rywalizacji. Te dwie role wzajemnie się uzupełniają, jedna wypływa z drugiej, stanowi jej dopełnienie. Co nie zmienia faktu, że przede wszystkim jestem mężem. To Elżbiecie ślubowałem miłość, wierność i trwanie razem aż do śmierci – moje dzieci w naturalny sposób kiedyś się ode mnie (od nas) odłączą, zaczną nowe życie, może założą nowe rodziny. Wtedy moje bycie ojcem będzie oznaczało coś zupełnie innego niż teraz.

Jestem mężem, więc mogę być tatą. Jestem tatą, bo jestem mężem.

Bo teraz, to wydaje się, że ojcostwo (w ogóle nasze rodzicielstwo) dominuje. Każdy, kto ma małe dziecko – nie mówiąc o dwójce – wie, co to oznacza. O byciu mężem/żoną można czasami zapomnieć – w tym znaczeniu, że np. praca może kogoś pochłonąć bardzo mocno, albo przyjdzie jakieś zmęczenie, może gorsze emocjonalnie dni, niekoniecznie mam na myśli wielkie kłótnie czy kryzysy – ale o byciu rodzicem nasze pociechy przypominają nam 24/7. Patrząc na te pięć lat małżeństwa cieszymy się w gruncie rzeczy, że mieliśmy na początku dwa lata tylko dla siebie, bo następna taka okazja przytrafi się pewnie po 2030 roku.

O wyższości małżeństwa nad rodzicielstwem pisałem już nieraz, zajrzyjcie TUTAJ, TUTAJ, szczególnie TUTAJ!, no i TUTAJ.

Z każdym kolejnym miesiącem życia moich córek dostrzegam tę trudność coraz bardziej. A jednocześnie jest to słodki trud – wyczerpujący fizycznie, ale taki, który chce się ponosić. Czasami bywa wyjątkowo ciężko, kilka dni temu tak było, gdy opublikowałem na Facebooku taki oto obrazek z komentarzem:

Co tu ukrywać: nadal jest ciężko. Nie mamy czasu dla siebie, jesteśmy chronicznie zmęczeni i niewyspani. Moja sytuacja rodzinna przyczyniła się w pewien sposób do utraty mojej pracy, dalsza perspektywa to nadal niewiadoma. Totalny życiowy zakręt! Podobno Pan Bóg zawsze wie, co robi?

Moje recepty na dziś

Żeby być dobrym tatą, muszę być dobrym mężem. Nie mogę dać nic ważniejszego moim dzieciom, niż bezgraniczną miłość wobec ich mamy. Dzieci czują się wtedy bezpieczne. Rodzina opiera się na miłości rodziców, inaczej wszystko zaczyna się chwiać.

Poza tym nie chcę być idealnym tatą, bo to niemożliwe. Chcę, żeby dzieci widziały we mnie kogoś silnego i mocnego – ale nie własną siłą i mocą, tylko klękającego przed Kimś Innym. Pokazanie prawdziwego obrazu Boga Ojca – oto, jak sądzę, prawdziwy cel ojcostwa. Bolączką wielu ludzi, którzy mają trudność z wiarą, jest niemożność szczerego powiedzenia „Ojcze nasz” – bo ojcostwo kojarzy im się nie najlepiej. Chciałbym, żeby moje dzieci nie patrzyły na Boga przez mój pryzmat (a więc i moich słabości, błędów, upadków), ale w drugą stronę: że ojcostwo ich taty czerpie z Miłości Boga.

Trudne? Skomplikowane? No pewnie! Ale chyba trzeba mieć jakiś cel…