Dyskusja na temat roli kobiety w Kościele bywa niekiedy bardzo emocjonująca, często przypomina te ogólnospołeczne i ideologiczne spory o równouprawnienie, parytety, dyskryminację – a stymulowana przez skrajny feminizm wprowadza do wspólnoty eklezjalnej teorięwalki płci”. O co ta walka? Paradoksalnie o funkcje służebne, ale w domyśle o władzę.

Tymczasem prawda leży tam, gdzie leży, i nie jest wygodna ani promotorom kapłaństwa kobiet, ani stojącym na straży „tradycji”, wedle której rola kobiety w Kościele ogranicza się do modlitwy, mycia posadzki, układania kwiatów i gotowania na plebanii: to, jakie funkcje i zadania Kościół wyznacza wszystkim swoim wiernym, wynika zarówno z Objawienia Bożego, jak i roztropnego oraz mądrego odczytywania „znaków czasu”. Właściwe odczytanie prawdy o różnorodnym powołaniu kobiety i mężczyzny – tego, co może być naszym wspólnym doświadczeniem, a co w naturalny sposób jest zarezerwowane tylko dla jednej płci – to klucz do spokojnego rozwiania wątpliwości co do obecności kobiet w takich obszarach jak kapłaństwo, służba liturgiczna, kuria, parafia, teologia, katecheza i inne.

Jeszcze tytułem wstępu małe zastrzeżenie: w poniższym spojrzeniu na kwestię dowartościowania roli kobiety w Kościele celowo pomijam przestrzeń życia zakonnego i konsekrowanego – chociaż pozytywny wkład niezliczonej liczby sióstr, dziewic i wdów jest dla wspólnoty eklezjalnej oraz społecznej nieoceniony – ponieważ to szczególne powołanie z dość utorowaną ścieżką (co nie znaczy, że zawsze sprawiedliwie ocenianą i przyjmowaną). Chcę skupić się na możliwościach kobiety/dziewczyny żyjącej w świecie, często w małżeństwie, pragnącej znaleźć dla siebie godne miejsce w Kościele.

Równi w godności, różni w naturze

Biblijny obraz stworzenia świata ukazuje mężczyznę i kobietę równych w swojej godności, tak samo umiłowanych przez Boga, powołanych do życia w zjednoczeniu z Nim. W tym obrazie Kościół odczytuje jednak prawdę nie tylko teologiczną, jak przypomniał św. Jan Paweł II w Liście apostolskim o godności i powołaniu kobiety Mulieris dignitatem (1988): „Ten zwięzły tekst zawiera podstawowe prawdy antropologiczne: człowiek jest szczytem całego porządku stworzenia w świecie widzialnym; rodzaj ludzki, który bierze początek w powołaniu do istnienia mężczyzny i kobiety, wieńczy całe dzieło stworzenia; istotami ludzkimi są oboje, w równym stopniu mężczyzna i kobieta, oboje stworzeni na obraz Boga” (nr 6).

Chrześcijaństwo przyniosło ze sobą prawdziwą rewolucję mentalną, jeśli chodzi o społeczne spojrzenie na kobietę. Jezus, słusznie nazywany „rzecznikiem godności kobiet”, rozmawiał z nimi (również z tymi wypchniętymi ze społeczności lub wspólnoty religijnej), otaczał się nimi, pozwalał im się dotykać. To kobiety były pierwszymi świadkami Zmartwychwstania, potem Apostołowie nauczali, że „nie ma już mężczyzny i kobiety”, wszystkim stawiane są takie same wymagania, co od ówczesnych wymagało przebudowy swojego sposobu myślenia.

Późniejsza historia Kościoła pokazuje rzeczywiste dowartościowanie roli kobiety, oczywiście głównie ze względu na Maryję, wzorzec człowieczeństwa – ale trzeba też przyznać, że z biegiem czasu przeniknęło do niego kulturowe i cywilizacyjne rozumienie roli i miejsca kobiety w społeczeństwie, co nie zawsze było zgodne z duchem Ewangelii. Można wskazać kilka niezwykłych kobiet, niezależnych, samodzielnych, zdolnych do pouczania samego papieża (Hildegarda z Bingen, Katarzyna Sieneńska, Teresa z Ávili i in.), ale to jednak perły na ogólnym tle patriarchalnej instytucji, umniejszającej rolę kobiety i zawężającej ją do służebności, rozumianej zgodnie z ówczesną kulturą („służyć to być poddanym”), a nie optyką chrześcijańską („królować to służyć”).

XX wiek, głównie dzięki ojcom Soboru Watykańskiego II, a także późniejszej, świeżej i kreatywnej wizji kobiecości w myśli św. Jana Pawła II, to czas nowego odczytania oraz zrozumienia miejsca i posłannictwa kobiety w Kościele.

Kapłanka?

Kościół katolicki jednoznacznie stwierdza, że „święcenia ważnie przyjmuje tylko mężczyzna ochrzczony” (KPK, kan. 1024). Ponieważ – szczególnie w ostatnich dekadach – różne środowiska postulowały zmianę tej zasady na rzecz dopuszczenia ordynacji kobiet, kolejni papieże wyjaśniali, dlaczego jest to niemożliwe. Z pozoru wydaje się, że nie jest to do końca logiczne. Skoro zarówno kobieta, jak i mężczyzna mają tę samą godność dziecka Bożego, a na dodatek przez chrzest włączeni zostali w powszechne kapłaństwo Jezusa Chrystusa, to dlaczego kapłaństwo służebne ma być niedostępne dla kobiet? To w zasadzie jedyna przestrzeń, do której dostęp mają tylko mężczyźni – co więcej, każdy z nas mógłby pewnie podać przykład świetnej profesor teologii lub katechetki, która byłaby lepszym duszpasterzem niż niektórzy księża. Tylko że problem powstaje przy fundamentalnym rozumieniu, czym jest kapłaństwo. Wielu osobom kojarzy się ono z bardzo szeroką przestrzenią, powiedzmy, trzech aktywności: administracji, duszpasterstwa, liturgii. Jednak dziś kobiety mogą swobodnie pełnić niemal wszystkie funkcje w administrowaniu Kościołem i jego duszpasterstwie (oddzielnym tematem jest, czy ciągle nie napotykają na opór i blokadę), zaś w liturgii niewątpliwie powiększyły się możliwości czynnej służby, choćby w porównaniu do czasów sprzed Soboru Watykańskiego II.

Jednak kapłaństwo w swej najgłębszej istocie jest zarezerwowane dla mężczyzn. W 1975 roku papież Paweł VI w liście do arcybiskupa Canterbury podał trzy główne argumenty: Chrystus wybrał na Apostołów tylko mężczyzn, Kościół naśladuje swojego Pana i robi to samo, zaś Magisterium Kościoła konsekwentnie głosi, że brak ordynacji kobiet jest zgodny z zamysłem Bożym. Rok później Kongregacja Nauki Wiary szerzej wyjaśniła całe zagadnienie, dodając do tego logiczny wniosek, że Jezus – który jak na ówczesną praktykę postępowania wobec kobiet zachowywał się wobec nich bardzo niekonwencjonalnie i odważnie – gdyby chciał, wybrałby przynajmniej jedną z nich do grona Apostołów (pominął w tym nawet swoją Matkę), natomiast później Apostołowie, mając do pomocy wiele kobiet, niektórym z nich powierzając nawet bardzo ważne role w młodych Kościołach, i korespondując z nimi, ustanawiali w posłudze kapłańskiej również tylko mężczyzn.

Jan Paweł II ostatecznie uciął wszelkie wątpliwości: najpierw, w przywoływanym już wyżej liście Mulieris dignitatem, wskazując, że obraz miłości Chrystusa do Kościoła ma przypominać relację Oblubieńca (mężczyzny) do Oblubienicy (kobiety), a więc czytelność znaku wymaga, żeby kapłan (działający in persona Christi) był mężczyzną. Kończąc list apostolski Ordinatio sacerdotalis (1944) dodał: „(…) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne”. Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła, że ta doktryna powinna być nieodwołalnie uważana za należącą do depozytu wiary.

Ministrantka?

Reformy liturgiczne po Soborze Watykańskim II sprawiły – a co chyba istotniejsze, sprawił to ogólny „klimat” zmian społecznych i obyczajowych drugiej połowy XX wieku – że coraz częściej pojawia się, obok kapłaństwa kobiet, temat służby liturgicznej dziewcząt. O ile ta pierwsza sprawa jest definitywnie zakończona, to kwestia ministrantek (czyli żeńskiego odpowiednika ministrantów) nie jest już tak jednoznaczna. Wiąże się to generalnie z powszechniejszym zaproszeniem ludzi świeckich do włączenia się w różnorakie posługi liturgiczne.

Kościół w Polsce może poszczycić się tym, że już od lat 70. XX wieku Krajowe Duszpasterstwo Służby Liturgicznej polecało powierzanie dziewczętom różnych posług liturgicznych, ale poza prezbiterium, zgodnie z wielowiekową tradycją, że wstęp do niego mają tylko mężczyźni. W sposób szczególny Ruch Światło-Życie (w posłudze diakonii liturgicznej) zaangażował się w propagowanie takiej służby. Pisanie komentarzy, wprowadzeń, przygotowywanie modlitwy powszechnej, funkcja psałterzysty, czytanie Słowa Bożego (gdy nie ma lektora), dbanie o porządek i ład w świątyni, troska o dary ołtarza, śpiew liturgiczny to główne funkcje, do których kobiety, często z racji swoich naturalnych predyspozycji, są zapraszane.

A w prezbiterium? Ministrantki to zwyczaj dość powszechny w niektórych krajach, w Polsce niezbyt popularny, ale gdy gdzieś się pojawia, wzbudza często zainteresowanie graniczące z sensacją. W 1994 roku Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wydała list, zgodnie z którym biskup danej diecezji może udzielić zgody na posługę przy ołtarzu kobietom, co powinno być zawsze warunkowane „prawdziwymi potrzebami parafii i dobrem wiernych”, czyli najczęściej brakiem chłopców chętnych do pełnienia funkcji ministranta lub lektora. Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawo liturgiczne przewiduje obecnie dwa rodzaje (kiedyś to były odrębne święcenia, tzw. niższe) posług w prezbiterium: akolity i lektora. Ministrant natomiast to po prostu zastępca akolity, nauczony pełnienia niektórych jego zadań, gdy kogoś takiego nie ma w danym miejscu, np. w parafii.

W Polsce obecnie część diecezji wyraziła zgodę na ministrantki, część nie. Chociaż wydaje się, że dziewczęta przy ołtarzu to nie jest nic złego – przeciwnie, są bliżej tajemnic Eucharystii, może to być okazja do pogłębiania wiary i pobożności – to jednak są poważne argumenty przemawiające za tym, że nie jest to najlepszy pomysł, a raczej swego rodzaju wyjątek wynikający z aktualnych potrzeb. Przede wszystkim akolitat zawsze mógł przyjąć (i nadal tak jest) tylko mężczyzna, a skoro ministrant to zastępca akolity, logiczne jest, że powinien być w tym miejscu chłopiec. Taka jest teologia prawa liturgicznego, które całą swoją tradycję opierało na „męskim prezbiterium” i nie wynikało to z celowej dyskryminacji kobiet ani jakiegoś szowinizmu, ale było konsekwencją kapłaństwa mężczyzn, a w związku z tym dopuszczaniem jako najbliższych posługujących przy ołtarzu również osób tej płci. Warto podkreślić, że to nie jest nauczanie dogmatyczne (tak jak przywoływany brak ordynacji kobiet), ale raczej kwestia dyscyplinarna, której nie powinno się odrzucać po wielu wiekach obowiązywania zbyt łatwo i pochopnie.

Jako argument przeciwko dopuszczaniu kobiet (dziewcząt) do bezpośredniej służby przy ołtarzu przywołuje się również to, że paradoksalnie może to w nich na końcu wzbudzić pewną frustrację lub rozczarowanie. W przypadku chłopców służba ministrancka to naturalne miejsce fascynacji kapłaństwem, wzbudzania i rozwijania powołania w tym kierunku, u dziewcząt również taka myśl może się pojawić, jednak siłą rzeczy akurat dla nich dalsza droga jest tu zamknięta. Wreszcie pozostają wątpliwości socjologiczne, wychowawcze, związane z jednoczesnym posługiwaniem przy ołtarzu chłopców i dziewcząt – kwestia rywalizacji między nimi, frustracji tym razem z męskiej strony wynikającej z tego, że dziewczęta często są dokładniejsze w swoich czynnościach, przez co mogą wysuwać się na pierwszy plan, nie mówiąc o naturalnych problemach związanych ze wzajemnym rozkojarzeniem i rozproszeniem, szczególnie w okresie dojrzewania, czego akurat w przypadku służby liturgicznej powinno się, w miarę możliwości, unikać.

Co pozostaje?

Od kilku dekad narasta w Kościele świadomość i akceptacja przemian społecznych, jakie dokonują się, jeśli chodzi o pojmowanie roli kobiet. Oczywiście wszystko wymaga roztropności, mądrego odnoszenia się do różnych pomysłów, odrzucając te skrajne. Kościół zawsze będzie bronił antropologii pokazującej różnice między płciami, wzajemną komplementarność (uzupełnienie) oraz to, że niektóre role mogą być jak najbardziej przyjmowane przez kobiety i mężczyzn, ale niektóre, przede wszystkim dwie podstawowe – macierzyństwo i ojcostwo – już nie. Tylko kobieta może zrodzić dziecko, tylko ona może być matką – i to wpływa na ukierunkowanie niektórych funkcji, w których zwykle kobiety radzą sobie lepiej; analogicznie tylko mężczyzna może być ojcem. Bycie ojcem i matką, poza oczywistymi aspektami biologicznymi, posiada również wymiar macierzyństwa i ojcostwa duchowego, co w przypadku posług podejmowanych w Kościele ma bardzo duże znaczenie.

Wracając do konkretów: czy kobietom pragnącym bardziej zaangażować się w życie Kościoła pozostaje jedynie mycie kościelnej posadzki, układanie kwiatów lub obeznanie w garnkach na plebanii? Żadna z tych czynności nie jest w niczym uwłaczająca, choć często nie dość doceniania, odpowiednio wynagradzana, zauważana. Z reguły takie czynności wykonują właśnie kobiety, może dlatego, że są w nich po prostu lepsze, dokładniejsze niż mężczyźni.

Kobiety świetnie radzą sobie na wydziałach teologicznych, wybierając drogę kariery naukowej, ale niestety prawda też jest taka, że tych, którym taka kariera rzeczywiście się udała, jest niewiele; rozpychanie się łokciami nie tyle w męskim, ile sklerykalizowanym środowisku, z jego uprzedzeniami, stereotypami i przywiązaniem do lepszych oraz gorszych tradycji nie jest proste (zwłaszcza gdy jednocześnie próbuje się to godzić z macierzyństwem). Podobnie stanowiska administracyjne w Kościele (kurie, parafie itp.) mogłyby być w większym stopniu obsadzone kobietami, również na poziomie decyzyjnym, oczywiście w granicach określonych przez koncepcję duszpasterską Kościoła.

Studia teologiczne kończą się często pracą w zawodzie katechety. Jest to jednak specyficzne powołanie; doświadczenie pokazuje też, że niestety zdarza się, iż kobieta-katechetka (świecka) nie zajmuje wysokiej pozycji w ciele pedagogicznym na terenie szkoły, musi ciężko pracować (za niewysokie wynagrodzenie); na dodatek wymaga się od niej dodatkowej aktywności poza szkołą, w życiu parafialnym, w zamian ofiarując najwyżej słowa podziękowania przy uroczystościach pierwszokomunijnych.

Klerykalizm, czyli gdzie indziej przebiega front

W tym miejscu dochodzimy do istotnej kwestii: jeśli jakaś „rywalizacja w Kościele” ma miejsce, to nie tyle między kobietami a mężczyznami (zakładając, że wszyscy przyjmujemy z pokorą prawdę o różnicach między nami, uznając równość praw i predyspozycji), co raczej między duchowieństwem a laikatem. Źródłem takich konfliktach bywa najczęściej źle pojmowany klerykalizm, w polskich warunkach objawiający się choćby „obsadzaniem” na różnych stanowiskach księży – podczas gdy równie dobrze mógłby być to ktoś inny (również kobieta) – zamiast skupienia się na ich zadaniach kapłańsko-duszpasterskich.

Po słowach papieża Franciszka z początku jego pontyfikatu, w których apelował o rozszerzenie przestrzeni dla obecności kobiet w Kościele, powróciły pytania o możliwość kreowania kobiet kardynałami. Andrea Tornielli zapytał o to papieża wprost (w wywiadzie dla „La Stampa” w grudniu 2013 r.), na co Franciszek odpowiedział: „Jest to myśl, która nie wiem, skąd się wzięła. Kobiety w Kościele winny być dowartościowane, ale nie »sklerykalizowane«. Ten, kto myśli o kobietach-kardynałach, cierpi nieco na klerykalizm”.

Moim zdaniem pewne uspokojenie emocji związanych z rzekomym dyskryminowaniem kobiet w Kościele mogłoby przynieść poskromienie klerykalizmu rozumianego jako wszechwładza osób duchownych, ich nieograniczony wpływ na całość życia Kościoła, który przecież jest wspólnotą wszystkich ochrzczonych, również świeckich (mężczyzn i kobiet). Kapłaństwo nie powinno kojarzyć się tylko z władzą i rządzeniem, ale ze służbą na wzór Chrystusa-Sługi. Koloratka nie może być niezbędnym składnikiem pomyślnej kariery naukowej (teologia) lub prawniczej (sądy kościelne), inaczej stan duchowny będzie ciągle stanowił tęskny cel osób, które nigdy nie będą mogły go osiągnąć (z różnych powodów, również płci). Zamiast tego lepiej pomyśleć o realizacji swojego powołania na inne sposoby, często nie mniej satysfakcjonujące i potrzebne.

Prawo a życie

Kodeks Prawa Kanonicznego wskazuje, jak wiele możliwości jest otwartych przed kobietami w Kościele. Kanon 228 jednoznacznie stwierdza, że mogą one brać udział w soborze, synodach biskupich i diecezjalnych (na prawach doradcy lub gościa), mogą zasiadać w radach duszpasterskich diecezji i parafii, w radach ekonomicznych. Co więcej, kobieta może być ekonomem diecezjalnym lub zarządcą (nawiasem mówiąc, ostatnie lata pokazują, że kobiety świetnie sprawdzają się w roli rzeczników prasowych kurii diecezjalnych i innych instytucji kościelnych). Kobiety mają prawo pracować w sądach kościelnych jako sędziowie, rzecznicy sprawiedliwości, obrońcy węzła małżeńskiego, audytorzy, asesorzy, notariusze, adwokaci…

Dodając do tego mnogość funkcji liturgicznych, jakie przedstawiłem wcześniej, okazuje się, że mamy całkiem spory i różnorodny wachlarz możliwości, w jakich kobieta może być obecna w Kościele. Prawo prawem, ale gdy napotka na nieuzasadnione uprzedzenia i źle ukształtowaną mentalność, samo w sobie nic nie zdziała. Codzienne życie wspólnoty wierzących jest zawieszone pomiędzy Nowym Testamentem, w którym „nie ma już mężczyzny ani kobiety” (Gal 3, 28), a ciągle istniejącymi kulturowymi i obyczajowymi barierami. To wymaga nieustannie mądrej otwartości oraz tworzenia pozytywnych wzorców po to, aby dowartościowanie i ukazanie równej godności wszystkich ochrzczonych – duchownych i świeckich, mężczyzn i kobiet – było rzeczywiste.


Artykuł ukazał się w 17. numerze Miesięcznika Adeste (02/2019).