Moja wielkopostna radość #3, czyli dziecko

Przypadki są tylko w gramatyce, nie w życiu: równo rok temu urodziła się Basia i od tamtej chwili mój Wielki Post już na zawsze został naznaczony radością. Ba, eksplozją szczęścia!

Przyszła do nas, długo wyczekiwana i wymodlona. Jako owoc naszej małżeńskiej miłości. Dopełnienie tego, co sobie z Elą obiecaliśmy przed ołtarzem. Jako błogosławieństwo od Boga, który zawsze wypełnia obietnice. Jako tak naprawdę nasze trzecie dziecko, poprzedzone dwójką swojego rodzeństwa, z którą musieliśmy się wcześniej pożegnać, zanim nawet zobaczyliśmy je na oczy.

Wreszcie przyszła! I wszystko się zmieniło. Naprawdę. Jak by się nie spinać, zapierać rękami i nogami, to przychodzące dziecko (pierwsze na pewno) wywraca świat rodziców do góry nogami. Przez te dwanaście miesięcy nauczyła mnie kilku ważnych rzeczy.

Jakieś dwa tygodnie temu zaczęła chodzić. Za którymś razem po stanięciu na dwóch nogach (jej energiczność i parcie do rozwoju fizycznego od początku nas zadziwiają) załapała, że można się przemieścić stawiając raz jedną, raz drugą. No i poszła, tak że teraz niemal nie chce się zatrzymać, tylko drepcze po całym mieszkaniu, w tę i we w tę. Na marginesie: odczuwamy drobną satysfakcję, że mieliśmy rację (na przekór wszystkim gdzie ma buciki? dlaczego boso? załóżcie choć skarpetki!), ucząc jej iść najpierw boso przez świat. Chodzi naprawdę stabilnie, pewnie, coraz płynniej i szybciej!

Gdzie te – kruche jeszcze – nożyny ją poniosą? Bardzo bym chciał, żeby poszły tam, gdzie same będą chciały pójść. Żebym potrafił nauczyć Basię właściwych wyborów, dobrych kierunków. Na razie prognozy są dobre: umie już wybierać sama, co się jej podoba. Dzięki BLW sama decyduje, co włożyć do ust. Przez naukę samodzielnego zasypiania (o której niebawem) potrafi sama poradzić sobie z nocnym wybudzeniem. Od jakiegoś czasu chodzi sama do swojego pokoiku i bawi się. Jest radość!

Mam nadzieję, że Basia będzie wiedzieć, że zawsze może na nas liczyć, ale że jednocześnie jest wolna. Przecież nie jest naszą własnością, nie my ją stworzyliśmy, nie my będziemy decydować, kim będzie, co zrobi, co osiągnie. Oby tylko potrafiła iść za głosem swojego serca, później wyczuwać swoje sumienie, wreszcie – odkryć swoje powołanie.

Odczuwam silnie moje rodzicielstwo jako ogromną odpowiedzialność: mam przygotować tego małego człowieka (jakże kruchego na początku!), który dopiero niedawno prześcignął w widocznym rozwoju naszego domowego czworonoga, do zdobywania świata, do jego zmieniania, czynienia lepszym i piękniejszym. Jak łucznik, przez długie lata przygotowujący wyjątkową strzałę, która po przystawieniu do łuku i napięciu cięciwy poleci w określonym przez niego kierunku, ale przecież już nie będzie w jego rękach.

Tyle o (dalekiej jeszcze, mimo wszystko) przyszłości – na razie cieszymy się każdym kolejnym dniem z naszym maluchem. Z naszą śmieszką, energicznym krasnalem, dreptającą małą psotnicą, numerantką uwielbiającą usłać całą podłogę foremkami do ciasta, wbijającymi się w nasze stopy. Z mądralą, kolekcjonującą swoją półkę z książkami i spryciarą, wybierającą tylko te pozycje, które warte są jej uwagi. Z uparciuchem, który już potrafi postawić na swoim i w którego małym łebku niektóre połączenia zatrybiły, że chyba można się z rodzicami trochę podroczyć, pokłócić, wymusić pewne rzeczy. Z dzielną i cierpliwą robotnicą, wydłubującą każdy pyłek kurzu z kątów, żartownisią wyciągającą wszystkie ubrania z naszej szafy, zgrywuską przesuwającą krzesła po całym mieszkaniu. No i z uchachaną trzpiotką, nie zawsze trafiającą w łapki podczas klaskania, ale z radością chlapiącą wodą i pianą podczas kąpieli.

Po Elżbiecie, która zawsze na ziemi będzie dla mnie na pierwszym miejscu, jestem znów zakochany (przecież prawdziwa miłość mnoży się, a nie dzieli). W basiowych oczach, wypatrujących mnie w unikalny sposób, zerkających czasem błagalnie, czasem łobuzersko; bywa, że zapłakanych i krzyczących przytul mnie!, częściej radosnych. W jej uśmiechu, wygrywającym wszystko, chichrającym się jak szalony, albo wydającym z siebie bliżej nieokreślone dźwięki. W jej rączkach, oplatających moją szyję, wtulających całe to drobne ciałko do mojego. W jej złotych włoskach, czasem sterczących na wszystkie strony, jakby postrzelone piorunem, a czasem układających się jak na niemowlaku z reklamy.

Tymczasem niemowlak od dzisiaj odchodzi w przeszłość, zaczynamy drugi rok życia. Ela twierdzi, że Basia jest do mnie bardzo podobna, czasami śmieje się, że ma w domu drugiego – małego – Jasia. Faktycznie, gdy przeglądam albumy z moimi zdjęciami, gdy byłem w jej wieku, to czasami można się pomylić. Tym bardziej chcę być dla niej dobrym tatą. W Wielkim Poście nawracam się również do tego, z przeogromną radością!


Powyższy tekst jest częścią cyklu Moje Wielkopostne Radości. Jeśli chcesz się dowiedzieć, po co go piszę, zajrzyj tutaj.