Moja wielkopostna radość #4, czyli praca

Robić w życiu, a zwłaszcza w życiu zawodowym to, co się lubi – to marzenie wielu osób. Większość narzeka, że jest zmuszona do takiej a nie innej pracy z powodów finansowych, a nie dlatego że doprowadziła ich do niej pasja, zainteresowania, czy jakieś życiowe cele.

Ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji (należę chyba, niestety, do mniejszości), że moja praca przynosi mi prawdziwą radość. Pewnie, nie zawsze jest idealnie i nie chcę na siłę zakładać różowych okularów. Często jestem zmęczony, jak każdy. Bywa, że sfrustrowany i zestresowany. Ale mimo wszystko staram się koncentrować na tym, co dobre.

Patrzę z góry

Moje podstawowe zajęcie to rola organisty parafialnego. Siedzę sobie na tym chórze i staram się pomagać innym modlić się, prowadzę śpiew, gram na organach, upiększam liturgię. Patrzę na wszystkich z góry – mam nadzieję, że w moim przypadku tylko dosłownie, nie tak jak to utrwalił frazeologicznie nasz język. Wydaje mi się, że nikt poza mą nie potrafi poznać większości parafian po czubku głowy (trudnością bywają nakrycia pań zimową porą, ale też ćwiczę się w tej umiejętności).

Sprawowanie przeze mnie najwyższej postawionej funkcji w kościele (znów dosłownie) niesie wiele trudności, zwłaszcza podczas szarej codzienności, pokus rutyniarstwa i całej reszty bolączek, o których szerzej napisałem tutaj. Ale te minusy nie przesłaniają o wiele większej liczby plusów. Najwyraźniej widzę to w trakcie urlopu, gdy po około dwóch tygodniach tęsknię za tą „rutyną”, za oczywistością codziennego bycia w kościele, Bożego muzykowania.

Macham rękoma

Z byciem organistą wiąże się moje drugie zajęcie: prowadzenie chóru parafialnego. To ogromna radość, cieszę się, bo nie w każdej parafii istnieje chór – choć uważam, że w każdej mógłby, naprawdę. Korzyści ze śpiewania w takim zespole są ogromne, wspomniałem o nich tutaj, zachęcam do zajrzenia i może zdecydowania się na dołączenie do (naszego?) zespołu! Bycie dyrygentem chóru parafialnego daje mi dużą satysfakcję, zwłaszcza gdy po jakimś czasie widać efekty naszej wspólnej pracy.

To też dość wyczerpujące zajęcie. Bywa, że stresujące i czasami irytujące – wtedy, gdy na próby przychodzi mniej niż połowa chórzystek i chórzystów, gdy się spóźniają, gdy trzeba enty raz powtarzać to samo, gdy odczuwam brak dobrej współpracy, gdy wciąż brakuje panów, chętnych do śpiewania. Ale to naturalne. Znowu: o wiele więcej jest plusów, dobrych rzeczy, radości! Przecież niemal wszyscy moi chórzyści to amatorzy, nie mający prawie żadnego doświadczenia muzycznego, nie mówiąc o czytaniu nut. Ale jak oni śpiewają! Gdy widzę, jak się starają, poświęcają swój czas (po pracy, pomiędzy swoimi obowiązkami domowymi) i chcą śpiewać, to jestem dla nich pełen podziwu. A gdy udaje nam się nauczyć (po wielu próbach, naznaczonych zmęczeniem, znużeniem, trudem) czegoś naprawdę ambitnego, z wyższej półki, czego nie powstydziłby się żaden chór profesjonalny – to jestem wyjątkowo szczęśliwy. Staram się nie przypisywać sobie wszystkich zasług, bo jestem świadom swojej niedoskonałości dyrygenckiej, często też lenistwa i odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, ale… kręci się to dalej, mam nadzieję że coraz lepiej.

Śpiewam, tańczę, koloruję

Moje trzecie zajęcie to katechizacja w przedszkolu (a ściślej: w dwóch przedszkolach publicznych w Falenicy). Raz w tygodniu spotykam się z dzieciakami z najstarszych grup (pięcio- i sześciolatki), żeby im powiedzieć o Panu Bogu. Staram się nie mówić za dużo, bo dzieci w tym wieku nie nadają się do formy wykładowej – dlatego przez większość czasu śpiewamy, tańczymy, bawimy się, kolorujemy obrazki.

Zawsze chciałem być nauczycielem. Naprawdę. Bardziej mnie pociągał jednak styl licealno-akademicki, dlatego dziękuję Panu Bogu i traktuję to jako kolejny wyraz Jego nieocenionego poczucia humoru, że zamiast do prowadzenia młodzieżowych dysput lub akademickich wykładów, posłał mnie do szkrabów, z którymi wymachuję rękoma, śpiewając Shaba balua Jezu!, czyniąc niestworzone wygibasy na dywanie, ucząc się razem z nimi najprostszych prawd wiary: tego że Pan Bóg mieszka w niebie ale jednocześnie jest bardzo bliziutko nas, i że święty to taki, który kocha Pana Boga i ludzi, i że bardzo Bogu się podoba, gdy damy buziaka naszej mamusi zmęczonej pracą, i pogodzimy się z kolegą, który nam pokazał język. Że gdy boimy się, bo zrobiło się ciemno albo grzmi za oknem, trzeba wołać do Pana Jezusa jak uczniowie z łódki na jeziorze (ale było super, gdy można było siedzieć na niebieskim kocu, a reszta nim potrząsała, robiąc fale!), no i że gdy robimy znak krzyża na sobie (ale taki porządny), to wtedy Pan Bóg nas mocno obejmuje i przytula.

Czasem myślę sobie, że to ogromna odpowiedzialność taka religia w przedszkolu i w pewnym sensie coś ważniejszego niż wykładanie teologii na uniwersytetach: bo w tych maluchach właśnie teraz kształtują się postawy i relacje do Boga, które mogą mieć wpływ na całe ich życie! Może najważniejszy czas tego kształtowania się dopiero nadejdzie, za kilka lat – ale wiem, że jeśli teraz coś schrzanię w tym temacie, to będzie bardzo niedobrze. Bardzo możliwe, że za jakiś czas one mnie w ogóle nie będą pamiętać i kojarzyć, ale mam nadzieję, że dobry obraz Pana Boga zostanie w nich głęboko. To duża radość, taka sama jak z powodu cotygodniowego, entuzjastycznego okrzyku „pan od religiiiii!” i przybiegania, żeby się przytulić, pochwalić nową zabawką, pływaniem z tatą na basenie, albo z dumą pokazać puste miejsce po niedawno wypadniętym zębie.


Kto mnie zna, ten wie, żem leń niemożebny. Często odkładam wszystko na ostatnią chwilę, potem narzekam bo robi się nawał pracy, pojawia się ryzyko chaosu i zawalenia różnych spraw – a tak się, składa, że moja praca jest dość szczególna, widoczna, odpowiedzialna. Moje wielkopostne nawracanie to również dbałość o pracę, bo ona przynosi mi prawdziwą radość, zwłaszcza wtedy gdy staram się do niej przykładać i robić to, co do mnie należy.

Chyba każdy może (i powinien) traktować tak swoją pracę, nie sądzicie? Wiem, że to może być łatwiejsze wtedy, gdy ona jest bardziej niezależna, indywidualna, nieregularna. Mam nadzieję, że gdybym był np. kasjerem w sklepie, albo pracownikiem biurowym, pracującym w tygodniu od 8 do 16, robiącym coś automatycznego i codziennie to samo – też traktowałbym moją pracę jako Boże błogosławieństwo.

Praca wyróżnia człowieka wśród reszty stworzeń, których działalności związanej z utrzymaniem życia nie można nazywać pracą – tylko człowiek jest do niej zdolny i tylko człowiek ją wykonuje, wypełniając równocześnie pracą swoje bytowanie na ziemi. – Jan Paweł II, Laborem excersens


Powyższy tekst jest częścią cyklu Moje Wielkopostne Radości. Jeśli chcesz się dowiedzieć, po co go piszę, zajrzyj tutaj.