Szybko mija ten Wielki Post. Tak, jak w ogóle szybko mija czas – każdy to potwierdzi. Rzecz w tym, żeby nie zapomnieć, do czego to wszystko zmierza – a zmierza jednocześnie do początku i końca, do źródła i wypełnienia, do śmierci i życia. Wiosna nadchodzi, Pascha is coming!

Za każdym razem to powtarzam: przeżywanie Wielkiego Postu bez świadomości mety, punktu dojścia, czyli Świąt Wielkanocnych, jest bez sensu. To właśnie radość, wypływająca z Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezus (tak, z każdego z tych trzech Wydarzeń!), spaja i naprowadza nasze wyrzeczenia, nasz post, umartwienie, adoracje krzyża, śpiew pasyjnych pieśni, Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale i w ogóle cały ten przepiękny wielkopostny skarbiec.

[wc_box color=”secondary”]

Ten wpis jest częścią cyklu Moje wielkopostne radości. Przeczytaj też:

Wstęp
Moja Wielkopostna Radość #1, czyli chrzest
Moja Wielkopostna Radość #2, czyli małżeństwo
Moja Wielkopostna Radość #3, czyli dziecko
Moja Wielkopostna Radość #4, czyli praca
Moja Wielkopostna Radość #5, czyli miłosierdzie

[/wc_box]

Triduum Paschalne to najlepszy przykład chrześcijańskiego et-et, jest w nim rzeczywiście wszystko. To absolutne centrum roku, najważniejsze dni, z najważniejszą, najświętszą Nocą. Nie wyobrażam sobie (pomijając obiektywne okoliczności w rodzaju choroby itp.), żeby nie przeżywać Wigilii Paschalnej we wspólnocie Kościoła. To konieczne, trzeba to zrobić. Zagłębić się w całą historię zbawienia i przeżyć ją na nowo. Odnowić przyrzeczenia chrzcielne. Wyśpiewać Alleluja, ukryte przez ostatnie czterdzieści dni, a teraz powtarzane po wielokroć, ile się da, jakby trzeba było teraz wyrównać czas bez tego śpiewu. Dotknąć Ciała Chrystusa – dokładnie tego wymęczonego i strzaskanego na krzyżu, oplutego i wyszydzonego, złożonego do grobu, wreszcie – zmartwychwstałego. Wypić Jego Krew, przelaną za moje grzechy. Nie móc spać przez całą noc, bo radość eksploduje, zwycięża, żyje.

Tak, to konieczne.

Dziś zaczął się Wielki Tydzień, w którym frekwencja w kościele wzrasta, tak jest co roku. Kolejki do konfesjonałów, procesja z palemkami, wreszcie nieprzebrany pochód z koszyczkami. Twarze są wtedy… inne. Czuć w powietrzu tę radość, mimo wszystko, nawet jeśli ona nie jest głęboka, jeśli odwiedzenie kościoła w tych dniach to tylko powierzchowność, obyczaj, nieświadome przywiązanie do tradycji. Nie da rady, trzeba się naprawdę mocno postarać, aby przeżyć te dni obojętnie, tak jak każde inne (chociaż da się, znam i takich ludzi, na których Zmartwychwstanie nie robi żadnego wrażenia…).

Ktoś może pomyśleć, że to przesada, albo wzruszyć ramionami i uznać mnie za dziwaka – ale ja w Noc Paschalną naprawdę mam ochotę skakać, tańczyć i śpiewać z radości! Wzruszam się już na samą myśl. Nie spać, zwiedzać, yyy tzn. modlić się! Jak możemy spać, gdy dokonuje się nasze Odkupienie?

Pan jest już w Jerozolimie. Tłum krzyczał Hosanna!, za chwilę ci sami ludzie wykrzyczą Ukrzyżuj Go! Na szczęście, choć przeżywamy te dni z dramatyzmem, bo inaczej się nie da – to wiemy, dokąd to wszystko prowadzi. Wiemy, jak ta historia się skończy i trwa nadal. Pascha napełnia mnie radością na cały rok. Nic nie ma takiej siły.