Moja wielkopostna radość #6, czyli Pascha

Szybko mija ten Wielki Post. Tak, jak w ogóle szybko mija czas – każdy to potwierdzi. Rzecz w tym, żeby nie zapomnieć, do czego to wszystko zmierza – a zmierza jednocześnie do początku i końca, do źródła i wypełnienia, do śmierci i życia. Wiosna nadchodzi, Pascha is coming!

Za każdym razem to powtarzam: przeżywanie Wielkiego Postu bez świadomości mety, punktu dojścia, czyli Świąt Wielkanocnych, jest bez sensu. To właśnie radość, wypływająca z Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezus (tak, z każdego z tych trzech Wydarzeń!), spaja i naprowadza nasze wyrzeczenia, nasz post, umartwienie, adoracje krzyża, śpiew pasyjnych pieśni, Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale i w ogóle cały ten przepiękny wielkopostny skarbiec.

Triduum Paschalne to najlepszy przykład chrześcijańskiego et-et, jest w nim rzeczywiście wszystko. To absolutne centrum roku, najważniejsze dni, z najważniejszą, najświętszą Nocą. Nie wyobrażam sobie (pomijając obiektywne okoliczności w rodzaju choroby itp.), żeby nie przeżywać Wigilii Paschalnej we wspólnocie Kościoła. To konieczne, trzeba to zrobić. Zagłębić się w całą historię zbawienia i przeżyć ją na nowo. Odnowić przyrzeczenia chrzcielne. Wyśpiewać Alleluja, ukryte przez ostatnie czterdzieści dni, a teraz powtarzane po wielokroć, ile się da, jakby trzeba było teraz wyrównać czas bez tego śpiewu. Dotknąć Ciała Chrystusa – dokładnie tego wymęczonego i strzaskanego na krzyżu, oplutego i wyszydzonego, złożonego do grobu, wreszcie – zmartwychwstałego. Wypić Jego Krew, przelaną za moje grzechy. Nie móc spać przez całą noc, bo radość eksploduje, zwycięża, żyje.

Tak, to konieczne.

Dziś zaczął się Wielki Tydzień, w którym frekwencja w kościele wzrasta, tak jest co roku. Kolejki do konfesjonałów, procesja z palemkami, wreszcie nieprzebrany pochód z koszyczkami. Twarze są wtedy… inne. Czuć w powietrzu tę radość, mimo wszystko, nawet jeśli ona nie jest głęboka, jeśli odwiedzenie kościoła w tych dniach to tylko powierzchowność, obyczaj, nieświadome przywiązanie do tradycji. Nie da rady, trzeba się naprawdę mocno postarać, aby przeżyć te dni obojętnie, tak jak każde inne (chociaż da się, znam i takich ludzi, na których Zmartwychwstanie nie robi żadnego wrażenia…).

Ktoś może pomyśleć, że to przesada, albo wzruszyć ramionami i uznać mnie za dziwaka – ale ja w Noc Paschalną naprawdę mam ochotę skakać, tańczyć i śpiewać z radości! Wzruszam się już na samą myśl. Nie spać, zwiedzać, yyy tzn. modlić się! Jak możemy spać, gdy dokonuje się nasze Odkupienie?

Pan jest już w Jerozolimie. Tłum krzyczał Hosanna!, za chwilę ci sami ludzie wykrzyczą Ukrzyżuj Go! Na szczęście, choć przeżywamy te dni z dramatyzmem, bo inaczej się nie da – to wiemy, dokąd to wszystko prowadzi. Wiemy, jak ta historia się skończy i trwa nadal. Pascha napełnia mnie radością na cały rok. Nic nie ma takiej siły.


  • Kocham Wielkanoc, właśnie z tego powodu, że jest to kolejny dzień z 366 dni w roku, kiedy uświadamiam sobie, że nawet jeśli moje ciało obumrze, ja na zawsze będę z Jah bo On za to zapłacił 🙂 Jestem uratowana i każdy może być! Tamten otwarty grób otworzył jednocześnie drzwi do nowego życia zarówno tutaj jak i po ustaniu akcji serca 🙂 I to na oścież i dla wszystkich! Jezus pokonał śmierć raz na zawsze. To już jest załatwione, nic tylko przyjść do Niego osobiście i to odebrać. Podzielam w 100% radość z Wielkanocy! 🙂

  • Nie wiem czemu ludzie Triduum przeżywają często z takim smutkiem. Rozumiem, że nadchodzi czas, kiedy Jezus musi umrzeć, ale to nie powód do smutku, tylko do radości. W końcu On umiera za nas, żeby pokonać śmierć. Żeby zwyciężyło życie; raz na zawsze! Alleluja!

    • No ja tak samo do tego podchodzę: śmierć JUŻ została pokonana, wtedy na krzyżu, teraz tylko dobierać to, za to Jezus zapłacił.
      Ale Polacy już chyba tak mają, że bez patetyczności nie potrafią przyjmować czegoś wielkiego – to co zrobił Jezus było the greatest ever, ale po to, żeby właśnie się ludzie z tego cieszyli. Sądzę, że kto prawdziwie przyjał swoje zbawienie , ten ma radość w sercu 🙂