Na co to ryzyko? Czyli po co to wszystko

Na co to ryzyko, po co to ryzyko, na co to, po co to, na co to jest?

Powyższe zdanie można spróbować przeczytać kilka razy, coraz szybciej. Następnie można je zaśpiewać, jak gamę (do góry), stawiając na każdym dźwięku po trzy sylaby – i oto mamy gotowe ćwiczenie na dykcję, które po raz pierwszy usłyszałem na próbie jednego z chórów parafialnych, w którym miałem przyjemność (dawno, dawno temu…) przez kilka lat śpiewać. Uznałem, że to doskonałe motto pierwszego wpisu na tym blogu.

Nie wiem, czy przeżyje on dłużej niż kilka miesięcy (tygodni? dni…?), to się okaże. Jest ryzykiem, z pewnością; ryzykiem, że przestanie się autorowi chcieć trzymać go przy tym wirtualnym życiu, że jego zapiski będą nudne, wreszcie – że z biegiem czasu przestanie tu ktokolwiek zaglądać, poza pierwszymi ciekawskimi.

Po co więc? Ano, czasami zdarza mi się chcieć sklecić trochę więcej słów, a za bardzo nie mam pomysłu, gdzie je przelać. Blog osobisty to, zdaje się, odpowiednie miejsce do takich zachcianek. Od razu zaznaczam i ostrzegam, że nie wiem do końca, jak on będzie wyglądał, ani o czym będzie (może to i dobrze?). Mogę się jedynie domyślać, że będzie o tym, co myślę, widzę, przeżywam, dostrzegam, słyszę, smakuję, robię. Jeśli kogoś cokolwiek z tego będzie interesowało, to będę zaszczycony odwiedzinami.