Cztery lata – to taka nieokrągła rocznica. Nie pierwsza, ta z wyjątkowym zachwytem i zdumieniem nad szybko upływającym czasem, ani nie piąta, ta pierwsza okrągła, nie mówiąc już o dziesiątej, piętnastej, i tak dalej, w stronę kolejnych, coraz dostojniejszych liczb. Podobno czwarta rocznica – według tradycyjnej terminologii małżeńskich godów – to rocznica kwiatowa (lub owocowa). Podoba mi się!

slub1

Nie wiem, czy moje małżeństwo jest ukwiecone, na pewno owoce są chyba częściej spotykane w naszym domu, szczególnie teraz, w sezonie. Na naszym ślubie było mnóstwo truskawek, więc owocowo jest od samego początku – zresztą kwiatowo też było, Elżbieta miała przecież najpiękniejszą wiązankę ślubną na świecie:

 slub2

Lubię takie nieokrągłe rocznice, mniej huczne, trochę niezauważane, cichsze, spokojniejsze. Pamiętają o nich tylko najbliżsi, ci, którym nie trzeba przypominać. Może to głupie porównanie (chociaż w tym miejscu może być czytelne), ale wydaje mi się, że nasze EJ-małżeństwo jest jak ten blog: nie ma oszałamiającej liczby czytelników, nie jest doskonały, idealny (graficznie, technicznie, funkcjonalnie), piszemy na nim nieregularnie… ale lubimy go. Staramy się dbać o niego gdy nadarza się okazja, pisać to co chcemy i jak chcemy, bez spiny, bez presji, bez nadęcia i nadmiernych „blogęrskich” ambicji.

Nasze małżeństwo też nie jest idealne, dużo spraw zaniedbujemy, odkładamy na później, dni nam często przelatują przez palce. Ale kochamy się. A nawet lubimy! To jest nasza droga i obecnie nie ma dla nas lepszej.

Na dodatek małżeństwo owocuje u nas rodzicielstwem, co z jednej strony je zmienia, a z drugiej wypełnia. Zmienia, bo musimy jeszcze bardziej szukać siebie w całym tym gwarze, płaczu, przewianiu, kaprysach, ganianiu za berbeciem i trosce o niego – a przecież to my (we dwoje) jesteśmy dla siebie całym światem, najważniejsi, na pierwszym miejscu (a nie nasze dziecko). I wypełnia, bo tworzymy rodzinę, nie jesteśmy zupełnie sami, coś (kogoś) po sobie pozostawiamy, wychowujemy,  przygotowujemy do wyruszenia w świat.

Lubię to nasze małżeństwo. Mamy swój język, swój kod porozumienia, słowa które dla nas znaczą czasem zupełnie coś innego, niż dla innych ludzi, nasze tajemnice, porozumienie bez słów. Znamy swoje przyzwyczajenia, nawyki, słabości, dobre i złe strony, powody do dumy i powody do wstydu. Czy to wszystko byłoby możliwe bez ślubu? Czy rzeczywiście „sam papierek” tak dużo zmienia? Nie wiem, czy papierek zmienia – ale przysięga przed Bogiem i ludźmi (traktowana na serio) zmienia z pewnością.

Cztery lata, fajowo! Chciałbym dożyć z Elą przynajmniej dziesięciokrotności tych lat. Jeśli się w międzyczasie nie pozabijamy, kłócąc o istotę wszechrzeczy, to powinno się udać 🙂