Basia mnie lubi, akceptuje. Często wydaję się całkiem pożyteczny, pomocny w niektórych sytuacjach. Mam tylko jeden (ale za to jaki!) feler, którego nie da się naprawić – nie jestem mamą. I co teraz?

Od dziś już nie ma w naszej rodzinie noworodka. Basia kończy 28 dni, więc staje się niemowlakiem pełną gębą. Jak ten czas leci… pierwszy tydzień był w szpitalu, więc trudno go jakoś w pełni podciągać do podsumowania. Ósmego dnia przywiozłem dziewczyny do domu i… to prawda, tak jak wielu zapowiadało: wszystko się zmieniło.

Świeżo narodzony człowiek to cud nad cudy – nie w znaczeniu wspaniałego, pięknego, tylko właśnie cudownego, niesamowitego, intrygującego, niezwykłego. Funkcjonowanie małej Basi jest takie… proste! Jedyne, co robi, to zaspokaja swoje potrzeby, które ograniczają się jedynie do fizjologii: jedzenia (głównie!), spania i szeroko pojętego trawienia, oraz kochania: czułości, bliskości, ciepła, miłości. Oczywiście, kochanie rozumie ona nieskomplikowanie: gdy ktoś ją kocha, to wtedy jest blisko, czyli ją dotyka (tuli), kołysze, rozmawia. Gdy nikogo nie ma w odległości do 20cm, to znaczy że w ogóle nikogo nie ma i nikt akurat nie kocha. Proste. Gdy przy okazji ten ktoś może podać swoją pierś (czyli jest mamą) i spełnić fizjologię (jedzenie) i kochanie (bliskość) naraz – to wtedy jest pełnia szczęścia. Niestety, z wiadomych powodów, ja – choćbym nie wiem jak się starał – tych wszystkich warunków nie mogę spełnić jednocześnie, dlatego jestem na obecnym etapie niepełnowartościowym towarzyszem w życiu mojej córki. Basiowy pragmatyzm i utylitarne spojrzenie na moją osobę można streścić następująco:

Jedyne pocieszenie w tym, że jeśli czujemy (a może nawet dostrzegamy przez jakąś mgłę) tatę – to prawdopodobnie całkiem blisko jest mama (no i jej pierś), więc można się rozpłakać i rozryczeć, żeby nas do niej zaniósł!”

To podobno całkiem duży problem dla większości z nas, ojców, na początkowym etapie życia dziecka. Jak rozwijać jakąś więź z dzieckiem, budować z nim komunikację, skoro mam jeden podstawowy feler – nie jestem mamą? Wiadomo, z dwu- czy trzylatkiem można już pohasać na trawie, wyciągnąć zabawki, zainstalować huśtawkę, porzucać piłkę, poczytać, pośpiewać, takie tam. Ale co z takim robaczkiem zrobić?

To nie oznacza, że nic robić nie muszę, albo nie daj Boże mogę się wymigać od czegokolwiek. Moje obecne zadania (poza tymi oczywistymi, jak modlitwa za rodzinę) to:

Noszę Basię w chuście (szczególnie wstając wcześniej i dając Elżbiecie wreszcie w spokoju samej pospać), dzięki temu mała zna mój zapach, czuje mój oddech, bicie serca, śpi sobie wtulona i jest w porządku (więcej o naszym chustonoszeniu przeczytaj tutaj). Dopóki nie zechce jeść, oczywiście – wtedy budzimy mamę.

basia4

Dobrym pomysłem jest, co jakiś czas, turlanie po łóżku: relaks, Basia się trochę uspokaja, przy okazji ćwiczy główkę, mięśnie i stawy, więc to jakiś rodzaj rehabilitacji. Zaczątek wspólnej zabawy (chociaż jej spojrzenie wyraża przy tej okazji raczej niepełne zrozumienie sytuacji).

To nie żaden banał, że świętym miejscem i czasem dla taty jest kąpiel malucha – jedna z niewielu okazji, gdy sam zupełnie wystarczam do jakiejś czynności; już się z Basią jakoś dogadaliśmy w tej kwestii, po kilku pierwszych próbach podtopienia pierworodnej i dzikich protestach z jej strony – obecnie kąpiel dostarcza nam miłych wrażeń, a nawet zabawy. Pewnej pikanterii dodaje fakt, że najwygodniej jest mi wanienkę ustawiać w kuchni, na płycie indukcyjnej nad piekarnikiem – dla naszej psiny taki widok to oczywiste gotowanie bachora w kotle (tyle, że ona ciągle z tego wychodzi, i tak w kółko…).

basia2
Przygotowania do gotowania
basia1
Kąpu kąpu!

Dopóki moja córka bardziej świadomie nie zacznie myśleć, że na mamie świat się nie kończy, a inni ludzie (w tym tata, no, on może trochę mniej) to zbędne dodatki – robię za zaplecze. Gdy Elżbieta ledwo żyje od ciągłego karmienia naszego małego glonojada i zapewniania go, że jednak jest blisko – ja robię obiad, dbam o sprawy formalne, kalendarz, zaopatrzenie, robię za szofera, prasowacza, pralniarza, sprzątacza etc. No, przynajmniej się staram, wiadomo. Moje wrodzone lenistwo jest obecnie wystawiane na ciężką próbę, szczęśliwie udaje się je co jakiś czas poskramiać.

Na koniec (chociaż w hierarchii ważności jest to na pierwszym miejscu) ostania „rzecz”, która do mnie należy; to podstawowe zadanie każdego męża i ojca: kochać żonę, jedyną i najważniejszą kobietę w moim życiu, która będzie zawsze ważniejsza od córki (to po prostu inny rodzaj miłości). Basia jeszcze tego nie wie, ale właśnie po to ma teraz tatę: żeby kochał jej mamę, a ona – dzięki temu – żeby czuła miłość małżeńską swoich rodziców. Wtedy będzie w pełni szczęśliwa i bezpieczna. I tak to właśnie działa…


Post scriptum. Barbara Maria urodziła się 28 lutego, na początku Wielkiego Postu. Dla nas, jako wierzących w Boga rodziców, najważniejsze jest teraz – poza naturalnym dbaniem o jej rozwój fizyczny i zdrowie – zadbanie o jej życie duchowe. Wielką radością będzie dla nas, że nasza córka przyjmie Chrzest Święty dokładnie na zakończenie piątego tygodnia swojego życia, w Wigilię Paschalną! Nie ma lepszej daty na przyjęcie chrztu, niż Święta Wielkanocne, szczyt roku liturgicznego, samo centrum zbawienia (w tym roku to 4 kwietnia, Wigilia Paschalna w parafii, w której pracuję, rozpocznie się o godz. 19:15). Dlatego prosimy o modlitwę w jej i w naszej intencji. Jeśli ktoś nie wie, gdzie spędzić tegoroczne Triduum, to oczywiście zapraszam!