Gdyby spytać przeciętnego wiernego: co rozpoczyna mszę świętą? – odpowiedź byłaby pewnie w większości jedna: znak krzyża i słowa W imię Ojca…; ewentualnie na drugim miejscu znalazłby się może dźwięk sygnaturki (dzwonka przy zakrystii). Prawidłowa jest jednak inna odpowiedź: liturgię mszalną rozpoczyna śpiew na wejście. Spóźnialscy nie wiedzą, co tracą.

Obawiam się, że w powszechnej świadomości (a mówi mi to doświadczenie ustalania repertuaru choćby na śluby i pogrzeby) we mszy jest po prostu kilka momentów, które jakoś tam wypełnia się muzyką – ale w gruncie rzeczy nie jest to istotne, czy się tylko gra, czy gra i śpiewa, a jeśli już śpiewa, to co i kiedy. Tak naprawdę spośród tych pięciu klasycznych momentów mszalnych: na wejście, przygotowanie darów (wciąż jeszcze błędnie funkcjonujące jako ofiarowanie), komunię, uwielbienie i zakończenie – w wyraźny sposób można zaznaczyć dwa najważniejsze, będące jakby zawiasami całej struktury: na wejście i na komunię.

[wc_box color=”inverse” text_align=”left”]

Dlaczego właśnie one? Dla kogoś, kto może nigdy nie miał do czynienia z podstawami liturgiki, ani sam z siebie się tym nie interesował (spokojnie, to nie jest obowiązkowe): telegraficzny skrót na ten temat. Każda msza posiada swój tzw. formularz, czyli teksty, które są przeznaczone na dany dzień, np. na I Niedzielę Wielkiego Postu, X Niedzielę Zwykłą, Uroczystość Narodzenia Pańskiego, Wspomnienie św. Jadwigi Królowej etc. Taki formularz składa się z trzech charakterystycznych modlitw, które kapłan wypowiada z rozłożonymi rękoma, a ludzie odpowiadają Amen, oraz z dwóch antyfon: właśnie na wejście i na komunię. Antyfona na wejście to Introit, którego początki sięgają nawet V wieku.

Introit to coś w rodzaju uwertury, wstępu, hasła dnia, wprowadzającego w sens całego formularza danej mszy, przygotowującego do zrozumienia głównego przesłania czytań. To najczęściej cytaty biblijne, przede wszystkim z Psalmów. Niektóre introity, a raczej ich pierwsze słowa, dawały niekiedy nazwę całej mszy, np. Requiem, Rorate, Gaudete, Laetare.

Każda msza posiada więc swój introit, który podczas mszy bez śpiewu jest odczytywany, a podczas mszy śpiewanej – w praktyce zastępowany odpowiednią pieśnią (rzadko zdarza się, żeby w polskich warunkach parafialnych śpiewano introit). Nie ma mszy bez introitu: może być zupełna cisza na przygotowanie darów, po komunii albo na zakończenie, ale na wejście musi być introit lub zastępujący go śpiew.

[/wc_box]

Śpiew na wejście posiada cztery ważne funkcje, które wymienia Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego:

Ma on rozpocząć akcję liturgiczną, pogłębić jedność zgromadzonych, wprowadzić ich myśli w misterium okresu liturgicznego lub obchodu świątecznego oraz towarzyszyć procesji kapłana i asysty. (nr 25)

Zaczynamy!

Jak już wspomniałem na początku, śpiew na wejście rozpoczyna liturgię. Dzwonek sygnaturki informuje jedynie, że rozpoczęła się procesja kapłana do ołtarza, natomiast znak krzyża i słowa W imię Ojca… to tylko początek dialogu celebransa z wiernymi. Wydaje mi się, że jest to bardzo ważne, bo może zupełnie zmienić nasze myślenie o mszy świętej. To nie kapłan ją rozpoczyna – ale wszyscy wierni, śpiewając pieśń! Dlatego nie bądź biernym widzem, tylko głośno śpiewaj na wejście – inaczej zrezygnujesz z niesamowicie zaszczytnej roli: rozpoczynania mszy!

Dzień dobry!

Skoro śpiew na wejście ma pogłębić jedność zgromadzonych, to powinien być wszystkim znany, oraz odpowiednio długi. Niestety, często kończy się na jednej zwrotce – wtedy o pogłębieniu jakiejś jedności można tylko pomarzyć. To tak, jakby – proszę się nie zgorszyć porównaniem, chociaż ono nie jest tak do końca nietrafione – na początku jakiejś dużej imprezy chciano wszystkich jej uczestników zapoznać ze sobą i stworzyć atmosferę wspólnoty przez piosenkę integracyjną, trwającą niecałą minutę… a potem oczekiwano, że już się ludzie czują bliżsi sobie nawzajem. Śpiew łączy i rzeczywiście zbliża do siebie – ale musi odpowiednio trwać (nie mówiąc już o zaangażowaniu uczestników). Najprostszy przykład: wspólne śpiewanie hymnu na stadionie albo Sto lat na początku wesela. Śpiewaj, żeby wyrazić jedno serce i jednego ducha, nie być w przypadkowym tłumie anonimowych ludzi, ale we wspólnocie braci i sióstr, dążących do jednego, wspólnego celu, spotykających się w poczuciu święta i radości ze swoim Bogiem!

Ale uwaga: msza święta to coś o wiele więcej niż mecz na stadionie lub wesele – analogia do tamtych śpiewów (lub przyśpiewek) jest o tyle ułomna, że aktywne uczestnictwo (w tym przypadku muzyczne) w liturgii nie oznacza konieczności wykonywania wszystkiego wspólnie. Często zdarza się (szczególnie w mszach uroczystych), że liturgii towarzyszy śpiew chóru, scholii albo innego zespołu muzycznego: wtedy wykonuje on pieśń (często na wyższym poziomie artystycznym) jakby reprezentując, zastępujących pozostałych wiernych. Słuchanie śpiewającego chóru jest równie ważne, jak samodzielne śpiewanie – bo to nie chodzi o to, żeby coś robić, działać, generować, ale uczestniczyć, być obecnym, wchodzić w Tajemnicę.

To o czym dziś będzie?

To, według mnie, najistotniejsza funkcja śpiewu na wejście. Jest uwerturą, a więc wprowadza w tajemnicę przeżywanego dnia, musi się treściowo zgadzać przede wszystkim z introitem (który zastępuje), a także z innymi częściami danej mszy, z okresem liturgicznym, czytaniami itp. W tej materii pojawia się też najwięcej błędów, typu: śpiew na wejście pieśni maryjnej, podczas gdy formularz mszalny nie jest o Najświętszej, ani nie ma tego dnia żadnego święta czy wspomnienia. Niektórym się wydaje, że na początku można zaśpiewać cokolwiek – tymczasem jest to najważniejszy śpiew w całej mszy; źle dobrany może już na samym początku ustawić liturgię w złym świetle, wypaczyć jej myśl przewodnią, błędnie ustawić skojarzenia wiernych. Organisto! Kantorze! Dyrygencie! Scholanko! Nie wprowadzaj wiernych w błąd, przyłóż się do ułożenia repertuaru, zapoznaj się z dokumentami Kościoła, zajrzyj do kalendarza liturgicznego, bądź odpowiedzialnym i świadomym współtwórcą celebracji! Jeśli sądzisz, że skoro maj, to w niedzielę (!) na wejście może być Chwalcie łąki – to lepiej poszukaj innego zajęcia.

Maszerują chłopcy, maszerują

Ostatnią funkcją śpiewu na wejście jest towarzyszenie procesji kapłana i asysty do ołtarza. Może się niektórym wydawać, że taka procesja jest wyłącznie podczas uroczystych liturgii, gdy przez cały kościół kroczy kadzidło, świece, krzyż i cała gwardia mężczyzn ubranych w przeróżne stroje. Otóż nie: procesja wejścia jest w czasie każdej mszy – nawet, jeśli składa się z samego księdza (bez ani jednego ministranta), a do pokonania ma nie więcej niż kilka metrów, dzielących drzwi zakrystii od ołtarza. W każdym razie zawsze towarzyszy jej śpiew – wyobrażacie sobie jakąkolwiek procesję (zwłaszcza uroczystą) bez śpiewu? To by było sztuczne, puste, z pewnym brakiem – jedynym takim przypadkiem jest Wielki Piątek i procesja w ciszy, ale to zupełny wyjątek, rządzący się swoimi prawami. Śpiew ożywia procesję, nadaje jej pewien charakter – najlepiej, gdy jest on w pewien sposób dostojny, nie za szybki, porządkujący rytm nie tylko muzyki, ale wszystkiego wokół, uspokajający, naprowadzający wszystkich na liturgię. Celebransie! Nie śpiesz się w procesji – krocz spokojnie, cierpliwie, delektuj się niosącym Cię śpiewem całej świątyni. Jeśli idziesz do ołtarza tylko kilka kroków – pozwól trwać pieśni na wejście, nie patrz z ukosa na chór, zły na organistę za kolejną zwrotkę z powtórką refrenu. Zaczyna się liturgia, więc czas przestawia się na inny wymiar.


Śpiew na wejście – niby nic takiego, a jak wielkie znaczenie się w niej mieści! Początek jest zawsze bardzo ważny, entrée każdego ważnego wydarzenia (a mówimy tu o najważniejszym wydarzeniu na ziemi) nie może być byle jakie, niezauważone, przypadkowe – musi pociągać, zachęcać, zapraszać dalej. Nie miał racji pewien ksiądz, który na kazaniu stwierdził, że jeśli ktoś nie zdąży na znak krzyża rozpoczynający mszę świętą, popełnia poważny grzech zaniedbania i powinien to wyznać w konfesjonale – dotarcie na znak krzyża to już spóźnienie, msza trwa od jakiegoś czasu.