Ostatni rok był trudny dla nas, a więc także dla naszego bloga. Nowa praca, adaptacja żłobko-przedszkolna, karuzela infekcji wymęczyły nas psychicznie i fizycznie. Dziękujemy wszystkim tym, którzy przetrwali to razem z nami. Pora odreagować i wpuścić na bloga trochę wakacyjnego powietrza. Mniej poważnie, ale jak najbardziej szczerze – mnóstwo wieści o tym jak EJtomy wygląda od kuchni. Zaczynamy z przytupem od kłótni…

Kłótnia, jak każde małżeństwo wie, to ważna rzecz. I przy tym bardzo potrzebna. To jak się kłócimy wiele o nas mówi. W naszym przypadku istotne jest również, o co się kłócimy. Czasem nas samych to zaskakuje 😉

Specyfiką naszego małżeństwa jest, że w sprawach ważnych i poważnych generalnie się ze sobą zgadzamy lub mamy w głowach spisany protokół rozbieżności. Natomiast regularnie dochodzi u nas do karczemnych awantur wokół tematów całkiem absurdalnych. Może po prostu taka nasza metoda na wypsztykanie się z negatywnej energii bez wpływu na naszą relację… a może po prostu takie mamy geny?

Muzyka kościelna

Janek wychodzi z założenia, że muzyka kościelna winna czerpać jak najgłębiej z bogactwa tradycji Kościoła. Odkopuje więc piękne teksty, zwyczaje, z zapałem tłumaczy źródła nabożeństw wypełnionych muzyką.  Muszę go kiedyś nagrać, sami zobaczycie, że porwałby tłumy. Tyle, że dla mnie  budowanie sfery sacrum wymaga użycia języka nie archaicznego i wzniosłego, a raczej zrozumiałego, bliskiego ludzkiemu odczuwaniu. Słabo dostrzegam różnicę pomiędzy pieśnią a piosenką, co zdaniem Janka jest znakiem naszych czasów i zmorą wszystkich dbających o jakość muzyki kościelnej, także ten…

Jestem w stanie  zrozumieć jego niechęć do Cohenowskiego Hallelujah (prosi o nie praktycznie każda panna młoda, która chce mieć wpływ na „repertuar” – czasem patrzę na jego minę po odebraniu telefonu i już wiem, kto dzwoni). Jednak mi osobiście naprawdę słabo się śpiewa o byciu bożym dziecięciem uwieńczającym skronie Maryi różami itp. I tak, tak moi drodzy – ja żona szanującego się organisty lubię brzmienia hamerykańskiej muzyki chrześcijańskiej i gitarę na mszy. Czasem mi to nawet wybacza, ale jak ostatnio zaczęliśmy dyskusję o pieśniach i pioseneczkach towarzyszących I Komunii w trakcie jazdy samochodem, to był dym!

Piłka nożna

Janek nie jest może klasycznym kibicem piłki nożnej. Obywamy się bez szalików, znajomości klubów piłkarskich, ale zawsze śledzi skład reprezentacji i uaktywnia się przy większych zawodach i meczach. Ja jestem naczelnym wrogiem piłki nożnej i antykibicem, choć pozostałe dyscypliny sportu bardzo szanuję. Dla Janka kibicowanie Naszym niezależnie od ich wyników, to ważny aspekt patriotyzmu, dla mnie to przede wszystkim wielki, demoralizujący biznes, który już dawno przerósł granicę przyzwoitości.  I tak wymieniamy się tym małżeńskim ping-pongiem: „Zobaczysz zabiorę dziewczynki na mecz reprezentacji i na pewno im się spodoba” –  „zwłaszcza jak im jakiś oszołom wrzuci racę pod nogi”. Itd. Itp. Od Mundialu do Euro, od euro do mistrzostw czegośtam. I cały czas tłumaczy mi z uporem maniaka, o co chodzi w spalonym.

Kuchnia

Myślicie, że będzie o rzucaniu talerzami? Albo o zlewie z brudnymi naczyniami? O nie, my jesteśmy nieco bardziej finezyjni. Ja jestem od gotowania i projektowania jadłospisu, Janek od pieczenia i ogarniania świata kuchennego, więc porządek w kuchni jest u nas raczej zabetonowany. Ale armaty wytaczamy zawsze, kiedy idzie o wyłączne przeznaczenie wybranych przedmiotów kuchennych. I tak mamy Elę, która lubi mieć jeden dobry nóż, którym pokroi wszystko, Janek natomiast mnoży kuchenne byty – musi być przecież nóż do sera, nóż do pieczywa i nie wolno użyć ich niezgodnie z przeznaczeniem. Sitko nie jest tym samym, co durszlak. A stołu kuchennego podobno nie mamy, bo to nasze to jest blat. Toczymy zatem boje o nazewnictwo, specjalizacje kuchenne i zapędy gadżeciarskie. Z ostatnich nabytków warto wspomnieć choćby o silikonowych, wielorazowych zapięciach do obwiązywania włoszczyzny, ale tym razem nie wszczynałam awantur, bo jeszcze mu się odechce robić tego przepysznego rosołku i co ja wtedy zrobię 😉

Ruch drogowy

Czy jest na sali druga pani, której mąż jedzie dłuższą i mniej wygodną trasą, ponieważ pragnie zobaczyć postępy w budowie obwodnicy, trasy S „ileśtam”, albo po prostu maszyny wylewające beton w nawierzchni nowej technologii? A jak się trafi korek, to może nawet i lepiej, bo można sobie wszystko dokładniej obejrzeć…  Takie wycieczki już na stałe zamieszkały w krajobrazie naszej rodziny, więc już sama z zainteresowaniem przyglądam się tym maszynom, a z tyłu dobiega mnie wrzask Basi: „Mamo, widziałam koparkę!”. Ale kiedy  przy naszej drodze dojazdowej do Pruszkowa zaczęli tworzyć nową ścieżkę dla rowerów rozgorzała między nami dyskusja iście sejmikowa. Uwzględniliśmy wszystko – nawierzchnię, przepisy ruchu drogowego i ich praktyczne zastosowanie do rowerzystów, układ trasy i możliwe skrzyżowania, podłączenie do innych ścieżek i most nad Utratą i wejścia do studzienek kanalizacyjnych… Ach, jaka to była przyjemna kłótnia!


Nasze burze w szklance wody koncentrują się wokół małych dziwactw i śmiesznostek. Czasem takie kłótnie zdarzają się nam publicznie i wtedy wychodzi nam cyrk. Z premedytacją dajemy się ponieść emocjom, pozwolić sobie na ciche chwile, a potem śmiać z się razem z tych wszystkich głupstw i drobiazgów. I tak właśnie fajnie jest…

A w następnym wpisie będzie trochę o historii – czyli klasyczny temat, który jak dotąd nam umknął: Jak się poznaliśmy!