O co nigdy nie pytaj młodych małżonków – czyli odpowiedzialne rodzicielstwo dla opornych

Kościół naucza jednoznacznie: owszem, jednym z ważnych celów małżeństwa jest zrodzenie potomstwa – ale to, kiedy dzieci mają się pojawić i jaka będzie ich liczba, to już autonomiczna i uzgodniona decyzja małżonków, ich sprawa, i nikomu (włącznie z bliską rodziną) nic do tego. To są jedne z najbardziej wrażliwych pytań – więc jeśli Twoi znajomi sami z tym tematem nie wyskoczą, to nawet nie myśl o tym, żeby go przy nich wyciągać na wierzch.

Wokół tematu wymagań Kościoła co do liczby posiadanych dzieci krąży trochę mitów – patrząc na nie z perspektywy bolączek demograficznych dzisiejszego świata tworzą prawdziwy chaos. A jest to przecież bardzo istotna sprawa: wszyscy odczuwamy, jak w ciągu kilku dekad zmieniła się definicja rodziny wielodzietnej: kiedyś była to rodzina z przynajmniej czwórką, piątką dzieci – dziś, jeśli ktoś ma troje latorośli, to już jest ich „dużo”. Dodajmy do tego coraz późniejszy wiek kobiet, rodzących dzieci: kiedyś rodziły pierwsze dziecko w wieku 18-20 lat, dziś taki przypadek jest postrzegany kąśliwie jako prawdopodobieństwo „wpadki”, albo czegoś jeszcze gorszego. Absurd!

Dwa zakazane pytanie

To wszystko rodzi wiele nieporozumień: chociaż prawdziwa wielodzietność (4+) dopiero powolutku zaczyna być w Polsce modna – to młodzi małżonkowie często zaraz po ślubie odczuwają presję ze strony swoich bliskich (rodziny lub przyjaciół), wyczekujących odpowiedzi na pytanie: KIEDY? No bo przynajmniej jedno dziecko trzeba mieć, prawda? Z drugiej strony, gdy pojawi się pierwsze, po jakimś czasie drugie i… na horyzoncie zamajaczy trzecie – pojawia się drugie pytanie: ILE? Tak naprawdę w domyśle tkwi tam mniej dyplomatyczne: MOŻE WYSTARCZY? PO CO TYLE? (w tle nadopiekuńcza troska martwi się: jak wy sobie poradzicie, z czego się utrzymacie itd.).

Uporządkujmy, na początek, pewne fakty:

  1. Jednym z celów małżeństwa jest zrodzenie potomstwa. To nie jest jakiś cel dodatkowy, dodany mimochodem – nie, to jest cel tak istotny, że Kościół nie pobłogosławi małżeństwu, gdy np. mężczyzna jest impotentem. Seks w małżeństwie jest bardzo ważny, a dziecko, które powstaje w jego trakcie, nie jest skutkiem ubocznym, ale owocem miłości, które powinno być zawsze przyjęte z otwartymi ramionami. Na to wszystko małżonkowie uroczyście, przed Bogiem i przed ludźmi, zgadzają się i potwierdzają, że tak chcą.
  2. Posiadanie (chociaż to nie najlepsze określenie) dzieci  zawsze było wyrazem Bożego błogosławieństwa, w Piśmie Świętym mamy mnóstwo takich przykładów. Zawsze czymś naturalnym było też, że im więcej dzieci – tym lepiej. Również pod względem społecznym (szczególnie w dzisiejszych czasach) każde dziecko to wartość dodana, i pilnie musimy zmienić model rodziny z 2+1 na przynajmniej 2+3, inaczej zginiemy.
  3. Człowiek wierzący nie boi się, że sobie z tym nie poradzi – bo rodzice z dziećmi (nieważne, czy jest ich dwoje, czy ośmioro) nigdy nie są sami: jest z nimi Bóg, który obiecał, że nie pozwoli im zginąć i powiedział, że mamy się nie troszczyć (zbytnio) o to, co będziemy jeść i pić, i że skoro troszczy się o ptaki latające po niebie, to tym bardziej zatroszczy się o tych, za których wydał na śmierć własnego Syna. Albo w to wierzymy, albo nie, prawda?

Te trzy punkty to oczywista oczywistość dla każdego katolika – ale nie można na nich poprzestać.

Polecam poczytać Pawła VI

Jedną z wielkich zasług papieża Pawła VI jest wprowadzenie do kościelnego języka sformułowania odpowiedzialne rodzicielstwo. Ono w gruncie rzeczy oznacza przyjęcie trzech założeń, które przywołałem przed chwilą, ale rozszerza je dodatkowo o cechy, jakie powinni mieć chrześcijańscy rodzice: znajomość swojego ciała i jego procesów biologicznych, rozum, wolna wola, roztropność, wielkoduszność, i (last but not least) prawe sumienie.

Uważam, że encyklika Humanae vitae jest jednym z najbardziej niedocenianych tekstów naszej współczesnej cywilizacji – niezbędnym, żeby ją ratować w takim kształcie, jaki znamy. Papież posiłkował się tekstami krakowskiego kardynała Karola Wojtyły, jego doświadczeniem w tworzeniu teologii ciała. Nawiasem mówiąc: o ile łatwiej byłoby nam dziś dyskutować z urojeniami bojowniczych feministek, gdybyśmy tę encyklikę dobrze przyswoili…

Przeczytaj kluczowe fragmenty z nr. 10 tego dokumentu, traktującego o odpowiedzialnym rodzicielstwie. Cała encyklika warta jest lektury – odsyłam do niej tutaj.

(…)

Jeżeli zaś z kolei uwzględnimy warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne, należy uznać, że ci małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością, decydują się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, albo też, dla ważnych przyczyn i przy poszanowaniu nakazów moralnych, postanawiają okresowo lub nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia dalszego dziecka.

(…)

Dlatego do zadań odpowiedzialnego rodzicielstwa należy, aby małżonkowie uznali swe obowiązki wobec Boga, wobec siebie samych, rodziny i społeczeństwa, przy należytym zachowaniu porządku rzeczy i hierarchii wartości.

Konsekwentnie, w pełnieniu obowiązku przekazywania życia nie mogą oni postępować dowolnie, tak jak gdyby wolno im było na własną rękę i w sposób niezależny określać poprawne moralnie metody postępowania; przeciwnie, są oni zobowiązani dostosować swoje postępowanie do planu Boga-Stwórcy, wyrażonego z jednej strony w samej naturze małżeństwa oraz w jego aktach, a z drugiej – określonego w stałym nauczaniu Kościoła.

(…)

Twoi znajomi nie są rodzicami… a skąd wiesz?

Jeśli masz znajomych, którzy są już dłużej niż rok po ślubie, i na razie w temacie pt. „dziecko” panuje cisza – to zostaw to, nie drąż. Nawet, jeśli to Twoja rodzina. Jeśli sami nie zaczną tematu, to ani myśl go pochopnie zaczynać. Bo nigdy nie wiesz, jakie są przyczyny, ani jaka będzie reakcja (ujawniona lub ukryta). Może się okazać, że zbędą pytanie uśmiechem, że pracują nad tym, wszystko idzie w tym kierunku, ha ha. Ale może się okazać, że tak naprawdę już jedno dziecko było, ale nie przeżyło w ciele mamy dłużej niż 10 tygodni? A może nawet było i kolejne, i w niebie Twoi bliscy mają już rodzeństwo, o którym wiedzą tylko oni? A może cierpią na któreś z wielu z dzisiejszych cywilizacyjnych schorzeń, które naszym rodzicom i dziadkom były obce – leczą się, prowadzą żmudne obserwacje, a Ty po prostu tego nie wiesz? Jeśli zauważysz gdzieś w ich domu, niechcący, taką charakterystyczną tabelkę z długopisem – to bardziej niż prawdopodobne, że uczą się NPR. A to trwa, wymaga czasu i cierpliwości.

Każdy ma swoją wrażliwość, niektórzy nie mają problemu z dzieleniem się swoimi trudnościami, z kolei dla innych problemy w tej sferze są niezwykle bolesne, często niewyobrażalne dla kogoś trzeciego. 

Jeśli masz wrażenie, że wszystko poza tym jest OK, Pan Bóg jest faktycznie obecny w tej (dwuosobowej) rodzinie, ale ewidentnie brakuje tu małych stópek, i oni są świetnymi kandydatami na rodziców (skoro są po ślubie, to nie może być inaczej) – to ugryź się w język i pomódl się za nich. Możliwe, że właśnie tego potrzebują teraz najbardziej.

A jeśli już jedno dziecko się pojawi – dużym błędem jest tworzenie presji pt. kiedy kolejne? Jeśli ma być kolejne, to będzie – to jest ich autonomiczna decyzja; jeśli nie wynika z wygodnictwa i egoizmu (a tego nigdy nie wiesz, jeśli się tym z Tobą nie podzielą), to nie drąż.

Nie ograniczaj miłości

Nie wolno ograniczać czyjejś miłości. Jeśli w rodzinie pojawia się kolejne dziecko, i kolejne, i kolejne… i jeszcze kolejne – to można się tylko cieszyć! W końcu trzy punkty, określone wyżej, nadaj obowiązują.

Jeśli Twoi znajomi lub bliscy żyją zgodnie z zasadą co rok to dziecko (u nas obowiązywała przez ostatnie dwa lata) – to uważaj na słowa. Załóż, że są po prostu – jak przystało na rodziców chrześcijańskich – otwarci na potomstwo, z oczywistych powodów nie stosują antykoncepcji. Jeśli tak zdecydowali – to jedynie ich decyzja.

Jeśli zdecydowali się na adopcję, czyli dziecko Twojej znajomej urodziło się w jej sercu, a nie w brzuchu – to tylko pogratuluj. Nawet nie myśl, żeby wyskakiwać z pytaniem czemu nie własne? – skąd wiesz, może inaczej się nie dało? Zaufaj, ze ta decyzja została długo przegadana i przemodlona.

  • Ty z tymi trzema uporządkowanymi faktami to tak na poważnie, czy sobie jaja robisz? Co kogo obchodzi po co się żenię i ile będę miał dzieci? I co ma do tego jakiś bóg?

    • Pewnie, że na poważnie – tzn. z perspektywy chrześcijanina to wszystko jest oczywiste. Wynika z zobowiązań, jakie się składa podczas ślubu (w kościele).

      • Heh, jak ja się cieszę, że nie wierzę w te bajki, bo miałbym przerąbane 🙂

        • Wiara nie jest obowiązkiem 🙂 I nie czuję się, jakbym miał przerąbane, wręcz przeciwnie 😉

          • Co kto lubi.
            Ja nie lubię mieć nacisków od obcych osób (ksiądz czy ktokolwiek inny) co do tego ile mam dzieci i kiedy się na nie decyduję. To jest tylko i wyłącznie sprawa moja i żony.

            A co śmieszniejsze, często takie naciski pochodzą od dewotów. Sam znam kilka starych panien, które przez lata wciskały mi to, że moim obowiązkiem chrześcijanina jest założyć rodzinę i mieć dzieci. Same są starsze ode mnie nie mają ani męża ani dzieci. Hipokryzja.

            I gdybym był „wierzący”, to pewnie bym się tym gryzł, zadręczał i w ogóle. A tak mam to gdzieś. Co najwyżej budzi się we mnie byk, kiedy ktoś obcy usiłuje mi coś narzucać.

          • „To jest sprawa tylko i wyłącznie moja i mojej żony” – toż przecież ja piszę to samo 🙂

          • No to cieszę się, że się zgadzamy. Gdzieś musiało mi to umknąć 🙂
            Pozdro!

  • Nie, no z jednej strony „Humanae vitae”, a z drugiej jakaś wydumana „autonomiczna … decyzja”. Może by jednak dopuścić do głosu samo dziecko i w końcu Pana Boga?

    • HV pisze o autonomii rodziców (połączonej z otwartością na Boże działanie). Nic tu się nie kłóci.

      • No to, w takim razie, gdzie w „Humanae vitae” pojawia się pojęcie autonomii?

        • Ono nie musi pojawiać się literalnie – ale jest, choćby w cytowanym nr. 10: rodzice sami uznają, czy decydują się na posiadanie kolejnego dziecka. Sami, czyli autonomicznie.

          • „…to, kiedy dzieci mają się pojawić i jaka będzie ich liczba, to już autonomiczna i uzgodniona decyzja małżonków, ich sprawa…”
            – to jest opis pasujący do triady: in vitro, atykoncepcja, aborcja, a nie do teologii ciała.

            Rodzice decydują ile razy i kiedy współżyją, a nie ile dzieci i kiedy się pocznie. To jest zasadnicza różnica.

            Z resztą „autonomia” to nie jest wolność podejmowania decyzji to samostanowienie reguł i to jest powód dla którego Paweł VI nigdzie tego terminu nie użył. I podejrzewam, że uważny użytkownik języka polskiego, nawet nieznający greckiej etymologii tego słowa, doskonale czuje tę różnicę.

          • Nie zgadzam się. Wystarczy zerknąć do innych miejsc HV żeby wiedzieć, że papież wyraźnie przeciwstawia odpowiedzialne rodzicielstwo (naturalne metody) tym nienaturalnym i złym moralnie.

            Rodzice są autonomiczni- ale nie bezwzględnie, to oczywiste. Ta autonomia zakłada też właściwą hierarchię i otwartość na Boże działanie.

          • O Dobry Boże! A czy ja gdzieś kwestionuję to co napisał papież?

            No jak Kuno von Lichtenstein – kto godzi w nieuctwo i ciężkie pióro Buczyńskiego ten godzi w papieża 😀 😀 😀

            Temat niestety nie jest śmieszny bo po prostu siany jest zamęt.

          • Żadną miarą 😉