Organiścina

Już wkrótce zamkniemy ważny etap – Janek trochę niespodziewanie kończy pracę jako organista jednej z warszawskich parafii. Dla mnie to również przełom, bo jego praca przez ponad 6 lat definiowała nasze rodzinne życie. Kiedy zaczynaliśmy się spotykać, nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo jego praca wpłynie również na mnie. Dziś kilka słów o tym, jak to jest być organiściną, czyli żoną organisty – przekonajcie się sami.

Osoba publiczna

Organista na terenie swojej parafii jest osobą publiczną – Janek nie ma z tym specjalnie problemu. Ale ja… Bardzo szybko okazało się, że nic nie pomoże chowanie się za niego, ja też jestem szybko identyfikowana. Ze względu na mój charakter jest to dla mnie trudne, choć oczywiście przejawy tej lokalnej popularności są same w sobie miłe. Na szczęście nie polowali na nas nigdy parafialni paparazzi.

Dla mnie szczególnie trudna była koncentracja na modlitwie pod obstrzałem badawczych spojrzeń. Na szczęście nasze lokum na chórze jest bardzo kameralne i osłonięte, więc przynajmniej w trakcie mszy i nabożeństw mogłam się czuć swobodnie. A kiedy pojawiły się dzieci, ta przestrzeń pozwalała dodatkowo na komfort ich obsługi. Tylko raz ksiądz proboszcz zwrócił uwagę, że ta grzechotka, to jednak trochę głośna…

Służba nie drużba

Nie każdy o tym wie, ale rytm pracy organisty jest bardzo specyficzny. Szczególnie organisty pracującego w tej roli pełnoetatowo. Kiedy coś planuję, zawsze muszę wcześniej zajrzeć do kalendarza, bo poza mszami niedzielnymi i wieczornymi w tygodniu należy jeszcze uwzględnić: ostatnią środę, pierwszy czwartek, piątek i sobotę danego miesiąca, dodatkowe msze wypominkowe i dedykowane różnym grupom parafialnym, próby chóru, msze ślubne i pogrzeby. Te ostatnie najtrudniej uwzględnić w planowaniu, bo wpadają do grafiku 2-3 dni wcześniej. Do tego doliczamy okazje sezonowe: majowe, czerwcowe, październikowe, szkolne, roraty, drogi krzyżowe itd. itp. Muszę się Wam przyznać, że od 6 lat ustalenie tego, kiedy mój mąż ma wolne, jest dla mnie nie lada wyzwaniem.

Dziwnie przeżywa się też okres świąteczny (i przedświąteczny), kiedy najbliższa Ci osoba jest permanentnie niedostępna lub skrajnie wykończona. Trudno wykrzesać z siebie świąteczny entuzjazm. Po Bożym Narodzeniu czy Wielkanocy Janek najczęściej jest chory, często traci głos, potrzebuje kilka dni na regenerację. Wiele zawodów wiąże się z pracą w dni świąteczne, jednak zwykle jest to dyspozycyjność zmianowa. My każde święta mieliśmy „zaklepane”.

Liturgia od góry – zobacz więcej

Trzeba przyznać, że jestem raczej nikczemnego wzrostu i przeniesienie się na kościelny chór, w pobliże Janka to było dla mnie błogosławieństwo. Dzięki temu zaczęłam zupełnie inaczej uczestniczyć w Eucharystii, po prostu z tej perspektywy widziałam więcej. Stopniowo uzupełniałam też swoją wiedzę na temat liturgii – mogłam na bieżąco o wszystko pytać swojego podręcznego eksperta. Zaczęłam też przychodzić na nabożeństwa, których nigdy nie lubiłam/nie znałam, ale skoro Janek musiał na nich być, to i my musiałyśmy. Taka wyższa logistyka. Akatyst („pierwsze słyszę”), Gorzkie Żale („co to w ogóle za język?”), ciemna jutrznia („tak rano…”) – i stopniowo nauczyłam się doceniać ich piękno. Niewątpliwie ten czas wzbogacił mnie duchowo.

No i przy okazji zapoznałam się z regułami przebywania na chórze. Tak dla mnie:

  1. Nie rozśmieszać organisty (bywało ciężko)
  2. Nie zasłaniać ołtarza
  3. Nie zakłócać odsłuchu dźwięków kościoła

Słomiana wdowa i samotna matka

Ach, jakbym tak sobie mogła wzrastać w wierze i praktykach religijnych dzięki mężowi wyśpiewującemu pod niebiosa! Ale wiecie, Pan Bóg nas dziećmi obdarzył. Takimi zupełnie małymi na dodatek. Nagle okazało się, że moje uczestnictwo w najważniejszych uroczystościach ogranicza się do oglądaniu portalu msze-online. Msza rezurekcyjna, pasterka, Triduum Paschalne, Środa Popielcowa, Niedziela Palmowa, przy jednym dostępnym samochodzie i naprzemiennie występującym okresom ciąży i laktacji to jest jakieś wyższe wyzwanie logistyczne. Dodać do tego jeszcze gdzieniegdzie godzinną próbę  chóru? Uffff…. No, poważyliśmy się co prawda o chrzest dziecka w noc Wigilii Paschalnej, ale do dziś zachodzę w głowę, jak myśmy to wszyscy przeżyli i dlaczego dziadkowie Basi nas za to nie zatłukli.

Czarny humor wycieka z zakrystii

Przed poznaniem Janka uważałam, że czarny humor ratowników medycznych to pewna skrajność, ale to, co można usłyszeć w rozmowach księży i pracowników kościelnych to prawdziwie „dialogi na cztery nogi”. A te parafialne plotki i ploteczki, toż to prawdziwe crème de la crème. A tematy są niezwykle wdzięczne – pełny przegląd obyczajówki plus gafy okołokościelne. Na początku mnie to szokowało, ale teraz się już otrzaskałam. No, a przyznajcie się, kto się nigdy nie przeżegnał w trakcie święcenia wędlinki?  I nie liczcie na taryfę ulgową, jeśli chcecie mieć Cohena na ślubie – gdzieś ten biedny organista musi później odreagować frustrację.

Moja druga rodzina

Zawsze uważałam, że dla dobra rodziny konieczne jest odseparowanie spraw zawodowych od prywatnych. W przypadku organisty jest to raczej trudne (a i niewykonalne, gdy sam organista nie widzi takiej potrzeby). Przyjęliśmy więc inną strategię. Właściwie wszystkie ważniejsze wydarzenia rodzinne przeżywamy razem ze wspólnotą parafialną, czyli miejscem pracy Janka. Tam był nasz ślub i tam świętujemy rocznice, tam ochrzciliśmy nasze córki, tam w znacznej mierze spędzaliśmy Święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc, spotykaliśmy się przy okazji imienin. Mam w tym miejscu swoje przyszywane babcie i ciocie, dobrych wujków. Jest z kim poplotkować, spotkać się na kawę, wyżalić przez telefon. Jest ktoś kto na święta przyniesie kawałek drożdżowej babki, dyskretnie podstawi paczkę dziecięcych ubranek… Po prostu duża druga rodzina.

Szczególnie blisko nam do członków parafialnego chóru – tak fantastycznej, zgranej grupy nie spotyka się na co dzień. Ten chór wart jest milion dolarów i z nim najtrudniej się rozstać. Tyle dobrej energii, wsparcia, świetnych spotkań. Jeśli dotąd kiepsko to okazywałam, to teraz to napiszę: jesteście najlepsi, będzie mi was potwornie brakować! Mam nadzieję, że przetrwacie te wszystkie zawirowania bez uszczerbku.

Teraz trudno nam będzie pożegnać miejsce i ludzi, z którymi łączy nas tyle wspaniałych wspomnień. Dlatego nikt nie powinien oczekiwać, że zaczniemy omijać Zerzeń – przyjdziemy posłuchać jak gra kolejny organista 🙂

  • Marcin

    Trafione w 10-kę. Powodzenie na nowej drodze życia…. kto wie może w jakiejś nowej parafii:)

    • Dziękujemy bardzo, szukamy i otwieramy się na świat