Trochę się zdenerwowałem w tej środkowej części, przyznaję. Ale niech nie zabija to generalnej prawdy: dobra jest na tym świecie więcej niż zła – powodów do radości również. Zaczął się Wielki Post, pozwolił mi trochę odpocząć od tego, co się dzieje się wokół (a nie dzieje się dobrze, choć są chlubne wyjątki).

POST

Pierwsze dni Wielkiego Postu przyniosły ze sobą spokój i wyciszenie. Wszedłem w ten okres nastawiony na odpoczynek od wszechobecnego zgiełku, hałasu, natłoku informacji. Postanowiłem, że przystopuję z polityką (przynajmniej w jej powierzchownej, codziennej odsłonie), a w środy i piątki, oprócz postu pokarmowego, wyłączę zupełnie social media. Już widzę pierwsze owoce takiego „odwyku”, to był rzeczywiście dobry pomysł.

Wielki Post tak w ogóle kojarzy mi się z nastawieniem na bycie lepszym, na rozwijanie jakiegoś dobra. Temu mają służyć różne pratyki pokutne i umartwienia – jeśli się zapomni o ich celu, będą nadaremne. Myślę, że w powszechnym odbiorze akcentujemy tylko jeden z trzech składników Wielkiego Postu – właśnie post, zapominając o dwóch pozostałych: o modlitwie i jałmużnie. Więcej modlitwy: to jest ciągła potrzeba w moim życiu, paradoksalnie dla w życiu organisty, a więc człowieka który pracuje podczas liturgii, to częsty problem. Rutyna, znużenie, potrzeba myślenia o kilku dodatkowych rzeczach w trakcie mszy – czasami utrudnia modlitwę.

Trzy lata temu spróbowałem spojrzeć na Wielki Post pod kątem radości, czyli trochę paradoksalnie. To było ciekawe, ożywcze i owocne doświadczenie: w każdą niedzielę poszukiwałem kolejnego motywu wielkopostnej radości. Oto one:

  1. Chrzest
  2. Małżeństwo
  3. Dziecko
  4. Praca
  5. Miłosierdzie
  6. Pascha

Zachęcam do spróbowania, może Tobie też przyda się takie ćwiczenie?

Skoro już jesteśmy przy wielkopostnych tekstach – zachęcam również do zerknięcia tutaj, trzeba jedynie wziąć poprawkę na nieaktualny kalendarz w przykładzie, ale reszta (a więc odpowiedź na pytanie: ile tak naprawdę dni ma Wielki Post?) jest jak najbardziej na czasie.

BEZROZUMNOŚĆ

Gdy się na jakiś czas odstawi papkę medialną (choćby tylko internetową) i później znów się do niej odwróci – widać, jakie wiele z tego, co jest na „tapecie”, co jest aktualnie grzane i emocjonujące większość odbiorców, jest jałowe, płytkie, często prymitywne i bezsensowne. Naprawdę, ręce nie mają czasami gdzie opadać, gdy dostrzeże się bezmiar zmasowanego ogłupiania społeczeństwa jakimiś tematami zastępczymi, wzniecania shitstormów na podstawie czyichś zdań, wyrywanych z kontekstu, a później podkręcanie „afery” na podstawie tego, „co ktoś powiedział”.

Przy okazji coraz silniejszej próby przeszczepiania na polski grunt rewolucji społecznej na wzór zachodnich postępowców (jak choćby sprawdzanie, na ile można sobie pozwolić w temacie seksualizacji dzieci przez tzw. środowiska LGBTQwerty) widać wyraźnie ogrom manipulacji, kłamstw, odrzucenie klasycznej logiki na rzecz jakichś przedziwnych łamańców językowych i udowadnianie, że dwa plus dwa to niekoniecznie zawsze musi być cztery.

Ośmielasz się protestować przeciwko agresywnemu homolobby, które chce „edukować” Twoje dzieci, bez pytania Cię o zgodę? Szczujesz!

Uważasz, że zgoda na „dyskotekę” feministek i ich sympatyków, paraliżującą połowę miasta w piątkowym szczycie komunikacyjnych to wyraz głupoty? Jesteś seksistą i szowinistą (albo jeszcze kimś tego typu)!

Twierdzisz, że każdy ma prawo robić w łóżku, na co tylko ma ochotę i żyć wspólnie w dowolnej konfiguracji płciowej – ale domaganie się zrównania praw takich związków z małżeństwem, i nazywanie ich „rodziną” to przesada? Jesteś homofobem!

To już naprawdę robi się nudne…

Kryzys autorytetu Kościoła (również wewnętrzny) jest widoczny aż nadto: po kilku dniach oddolnych apeli różnych organizacji rodzicielskich, albo nawet indywidualnych głosów rodziców katolickich, obie warszawskie kurie wreszcie wydusiły z siebie oświadczenie, że owszem, niektórzy rodzice zgłaszają do pomysłów warszawskich tęczowych edukatorów różne zastrzeżenia, i że generalnie mają rację, ale pamiętajmy że papież Franciszek przypomniał niedawno o konieczności edukacji seksualnej etc… w efekcie dostaliśmy cztery czy pięć skleconych naprędce akapitów, sprawiających wrażenie oderwanych od siebie stylem, ale połączonych mową-trawą i pośpieszną redakcją.

Aż chce się zgryźliwie przypomnieć, że gdy biskupi polscy pochylili się nad palącym problemem nacjonalizmu, to poszczególni najważniejsi hierarchowie wydali obszerne oświadczenia, a cała Konferencja Episkopatu Polski wydała wyczerpujący, długi i z najwyższej troski płynący dokument, punktujący błędy, ostrzegający przed niebezpieczeństwami, wskazujący ryzyko takich a nie innych postaw.

OK, widocznie jako rodzic małych dzieci muszę sam zatroszczyć się o odświeżenie lektury na temat zdrowej, chrześcijańskiej atropologii (w tym dziedzictwa Jana Pawła II w obszarze rodziny), oraz zadbać o bezpieczeństwo moich córek, bo kto niby ma większą odpowiedzialność? To już się dzieje, różne lobby, promujące idee sprzeczne z naszą cywilizacją działają coraz śmielej i bezczelniej – jeśli ktoś ten problem bagatelizuje, to lepiej niech się przebudzi w swojej bańce świętego spokoju. A jeśli jest katolikiem (np. katolickim publicystą lub dziennikarzem) i załamuje ręce z powodu „nienawiści” czy „lęków”, jakie się przy okazji obecnych dyskusji „wylewają” ze strony katolików – nie widząc, że ich źródłem jest raczej słuszny gniew i odpowiedzialność za własne dzieci – to niech przestanie siać zgorszenie.

MĘSTWO

Zakończmy pozytywnym przykładem – świadomego, odpowiedzialnego i odważnego ojcostwa. Oto pan Ryan Magers, lat 19. Gdy okazało się, że jego dziewczyna (niepełnoletnia) jest w ciąży, podjął się dodatkowej pracy, aby móc utrzymać ją i dziecko. Jednak ona postanowiła zabić swoje dziecko (czyli dokonać tzw. „zabiegu przerwania ciąży”), a klinika aborcyjna bez przeszkód dokonała tego straszliwego aktu w 6. tygodniu życia dziecka.

Ryan Magers

Ryan Magers postanowił pozwać wszystkich, którzy przyczynili się do śmierci jego dziecka – na co on nie mógł mieć wpływu, a więc zarówno klinikę aborcyjną, jak i producenta pigułek poronnych, które przyjęła jego dziewczyna. Oświadczył, że robi to po to, aby w przyszłości ojcowie mogli bronić praw – swoich i swoich dzieci.

Światłem nadziei jest, że sąd hrabstwa Madison przyjął pozew, oskarżający klinikę o dokonanie aborcji dziecka bez zgody jego ojca – uznając, że nienarodzone dziecko ma jak najbardziej prawa człowieka, a ojciec ma prawo ich obrony.

Uważam, że jest to bardzo pocieszający przykład, że nawet w tym chorym świecie zdarzają się jaskółki normalności i poszanowania praw najsłabszych.

 Ten wpis jest moim przeglądem minionego tygodnia z cyklu “2 plus 1, czyli tygodniowy kubek miodu z łyżeczką dziegciu”. O jego zasadach możesz przeczytać tutaj. Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst, możesz go udostępnić. Zachęcam również do komentowania poniżej.