Oczywistości to trucizna, która psuje naszą komunikację, nasz ogląd rzeczywistości, wreszcie – nasz stosunek do drugiego człowieka. I o ile błędne zrozumienie się lub nasz sposób widzenia świata można w pewien sposób naprawić`- o tyle zaszufladkowanie kogoś w naszej głowie jest bardzo trudno odwracalne. To jest prawdziwy problem naszych wzajemnych relacji, poważniejszy niż (często wydumane) hejty, mowy nienawiści i tym podobne.

„To oczywiste!” – takie stwierdzenie wypowiadamy głośno albo w naszych myślach (często nieświadomie) co chwila. Im bardziej ktoś jest utwierdzony w swoim światopoglądzie, tym częściej jest pewny, co ma o czymś lub o kimś myśleć. Jest to z jednej strony naturalne i nawet pożądane – posiadanie swojego zdania na jakiś temat to zdrowy objaw rozumności i dojrzałego myślenia; takie zdanie powinno być raczej ugruntowane co do imponderabiliów (w co wierzę? jakie wartości wyznaję? jaka jest moja tożsamość? itp.), a bardziej elastyczne co do spraw niższej rangi (jakiej drużynie kibicuję [no dobrze, to niektórzy uznają za kwestię podstawową]? jakiej muzyki słucham? powinien obowiązywać ruch prawo- czy lewostronny? rosół czy pomidorowa? kawa czy herbata? itp.).

Problem pojawia się wtedy, gdy mieszamy te dwa porządki, czyli nie odróżniamy spraw ważnych od mniej istotnych. Wyznawany przez nas system wartości staje się ideologią, zero-jedynkowym systemem dzielenia wszystkiego i wszystkich na czarno-biały świat, niedopuszczający odcieni szarości. Najbardziej jednoznaczne są w takim przypadku stwierdzenia negatywne:

[wc_box color=”inverse” text_align=”left”]

Słucham radia A, może jeszcze czasami B… ale C? Absolutnie! Tam są same kłamstwa i propaganda [tak czy owaka], słuchanie Z to głupota! Przecież to OCZYWISTE!

Czytam gazetę/portal X, czasem zajrzy na Y… ale Z? Nigdy w życiu! Grosza na nich nie wydam, na te manipulacje i idiotyzmy! Przecież to OCZYWISTE!

Ten polityk całkiem mądrze gada. Ten? Od biedy ujdzie, chociaż nie do końca się z nim zgadzam… Ale tamten?! Przecież to idiota, nienawistny karierowicz, w życiu słowa prawy nie powiedział! Nie wolno go do niczego dopuścić, przecież to OCZYWISTE!

[/wc_box]

No, to teraz przejdźmy wreszcie do konkretów. Podstawmy pod A, B i C, w różnych konfiguracjach, powiedzmy, takie zestawy jak: Tok FM, Trójka, Radio Maryja; pod X, Y i Z: Gazeta Wyborcza, Rzeczpospolita, Nasz Dziennik, albo Newsweek, Wprost, W sieci; co do polityków, tutaj mamy już cały wachlarz nazwisk: Kopacz, Kaczyński, Palikot, Miller, Komorowski, Duda, Korwin itd. – w ten sposób ułożymy stwierdzenia, które powtarzane są w naszych polskich dialogach nieustannie.

Gdy ideologizujemy, fakty nie mają znaczenia. Wchodzimy na „naszą” stronę, słuchamy „naszego” radia, obserwujemy „nasze” profile na Facebook lub Twitterze i po prostu wiemy, co mamy myśleć, przecież to oczywiste. Nie trzeba składać skomplikowanych zdań, wystarczy kilka słów lub prosty obrazek/mem, by wszystko było jasne. Nie dociekać, nie wynikać, nie analizować. Proste odruchy na sam dźwięk słów (w dowolnej konfiguracji) typu: Kaczyński powiedział albo Kopacz powiedziała – i od razu po prostu wiemy, co mamy myśleć, przecież to oczywiste.

Media czy polityka to chyba najczęstsze przykłady takich zachowań – ale równie dobrze można taką analogię poprowadzić do naszego kościelnego światka. Inne będą tylko zestawy: Tygodnik Powszechny, Gość Niedzielny, Fronda. Kramer, Sowa, Oko. Hołownia, Strzelczyk, Terlikowski. Pieronek, Hoser, Michalik. I tak dalej.

Stosowanie takiego mechanizmu w chrześcijaństwie jest tym bardziej szkodliwe, że wypacza jego naturę: chrześcijaństwo nie jest ideologią, samo w sobie nie jest zero-jedynkowe, ale jest et-et, zachęca do myślenia, do bycia krytycznym a nie zaślepionym, otwartym na drugiego człowieka, a nie szufladkującym go według swoich kategorii, logicznym i racjonalnym a nie emocjonalnym w ocenie czyichś słów, zachowań, postaw. W gruncie rzeczy najważniejsze, abyśmy zgadzali się w podstawowych sprawach, uznawali prawdy Ewangelii i nauczanie Kościoła – a sposób ich przekazywania to tylko kwestia akcentów.

Sam dobrze wiem, że nie jest to takie proste w praktyce. Ulegam różnym prądom publicystycznym, polaryzującym stanowiska w debacie publicznej, w najróżniejszych tematach: politycznych, społecznych, kościelnych i innych. Niemal alergicznie reaguję na niektóre słowa-klucze, wytrychy do nieustannych kłótni. Z drugiej strony, nie w tym rzecz, żeby zamykać oczy na realnie istniejące manipulacje, kłamstwa, jednostronne oceny zdarzeń, propagandę różnych szkodliwych ideologii – to wszystko faktycznie ma miejsce, ale źle się dzieje, gdy patrzę przez taki pryzmat na jakiegoś człowieka jako takiego, czyli nie dostrzegam Jana Iksińskiego jako osobę, przecież nigdy nie idealną, ale zdolną ze swojej natury do szukania i czynienia dobrą, zawsze godną szacunku i chrześcijańsko pojętej miłości – ale jako na uosobienie takiej lub innej frakcji, partii, prądu kulturowego czy czego tam jeszcze; wtedy: przecież wiem, co mam o nim myśleć, to oczywiste!

Z drugiej strony, to normalne, że mamy swoich faworytów, swoje upodobania, przyzwyczajenia, że preferujemy takie a nie inne środowisko, towarzystwo, estetykę, styl. To też zupełnie zrozumiałe, że z większą sympatią i zaufaniem odnosimy się do wybranych osób lub mediów, a raczej z ostrożnością i dystansem do tych, którzy okazali się niewiarygodni, koniunkturalni, zorientowani na swoje korzyści a nie na prawdę, zaślepieni ideologiczne, a nie przynajmniej starający się być obiektywnymi. Człowiek mądry nie będzie się karmił głupim treściami, nie będzie pozwalał na robienie sobie mniejszego lub większego prania mózgu, ani marnował czasu na bezwartościowe czy wręcz szkodliwe treści.

A jak jest z tym u mnie?

Podam tylko jeden przykład, nie polityczny, bo to może zbyt drażliwy (dla pisowców i tak jestem platformersem, dla platformersów pisowcem, sam nie wiem co śmieszniejsze, więc mniejsza o to), ale medialny: zawsze traktowałem Tygodnik Powszechny jako wartościowe pismo katolickiej inteligencji, zasłużone historycznie, wiadomo, Kraków, Wojtyła, cały ten entourage… wszystko to bardziej do mnie przemawiało, ciekawiło, niż, oględnie mówiąc, inny sposób myślenia o Kościele. W ostatnich latach jednak to wartościowe pismo stało się miejscem, gdzie zbyt dużo pojawiło się myślenia w stylu katolicyzmu-ale, wprowadzającego więcej zamętu niż jednoznaczności, rozmydlania nauki Kościoła niż utwierdzania w wierze, faktycznego politycznego uwikłania przy jednoczesnym wytykaniu tego u innych; najświeższa sprawa z ks. Charamsą to już zupełny i widowiskowy strzał w stopę i utrata wiarygodności, z kompromitującą i nielogiczną próbą późniejszego usprawiedliwienia i wytłumaczenia swojego postępowania. Wmanewrowanie się w przeddzień ważnego Synodu poświęconego rodzinie w jakieś gorszące prowokację, absolutnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła to dla mnie czytelny (i smutny) sygnał, że nie wiem tak naprawdę, co musiałby teraz zrobić ks. Boniecki, żeby uratować twarz i jako taką wiarygodność swojej gazety.

I teraz, najważniejsze: nie mogę w tym wszystkim pominąć konkretnych ludzi, żywych osób, widząc w nich jedynie personifikację zła, kłamstwa i grzechu. Warto zawsze odwołać się do tego, jak chrześcijaństwo uczy postąpić w takiej sytuacji: potępić zły czyn, ale nie człowieka; krytykować i wytknąć błąd, jaki on głosi – ale nie jego samego; merytorycznie wykazać, w czym nie ma racji – a nie pozwalać sobie na emocjonalne i personalne kłótnie, krzywdzące oceny, prymitywne żarty.

To trudne – dla mnie trudne, przyznaję, choćby w odniesieniu do tego konkretnego przykładu powyżej.

Dla Boga nigdy żaden człowiek nie jest „skończony”, ostatecznie przegrany, bez szansy powrotu. Jezus umarł na krzyżu za każdego, bo każdego ukochał. I w naszych oczach (a na pewno w naszych głowach) powinno być podobnie. Skoro Kościół nigdy nie twierdzi, że ktoś na pewno jest w piekle, to tym bardziej my nikogo tam nie wysyłajmy. Nawet gdy ktoś błądzi, bredzi bez sensu, opowiada głupoty albo czyni realną krzywdę innym – trzeba mieć nadzieję, że spotkamy się z nim… w niebie. Jeśli nie mamy jej gdzieś w tyle głowy, to nasze chrześcijaństwo jest pozorne, mocne siłą lwa z papieru.