Jedną z częstych i ulubionych naszych zabaw z Grandą (na zdjęciu poniżej) jest jej dubbingowanie, czyli mówienie swoim głosem tego, co ona aktualnie może myśleć – albo lepiej: co ma wypisane na swojej psiej twarzy. Śmiechu przy tym, co niemiara; kto posiada (lub posiadał) choć jednego psa, ten chyba doskonale wie, o co chodzi. Psia mimika jest, mam wrażenie, niewyczerpana i potrafi przysporzyć jej obserwatorom ogromu radości. Nie wiem tylko, czy Granda zawsze jest z tej zabawy tak samo zadowolona…

granda2

Jest z nami (najpierw była, teoretycznie, tylko ze mną) już ponad dwa i pół roku – to już coś, jak na psi żywot! Cała historia tej sympatycznej suczki w naszym życiu, a szczególnie jej początek, to materiał na, całkiem sensacyjną i pełną zwrotów akcji, opowieść: od nagłego odnalezienia potrąconego i zakrwawionego psiaka w zatoczce przystanku autobusowego przy ruchliwej drodze (pisk na pół Wawra!), poprzez oczekiwanie tam grubo ponad godzinę na Straż Miejską (co, jak się później okazało, nie było dobrym pomysłem… ale to wtedy właśnie, przez tę godzinę wspólnego oczekiwania, narodziła się, hm… miłość od pierwszego wejrzenia?), dowody Bożej Opatrzności nad całym swoim stworzeniem (kto by przypuszczał, że późnym i ciemnym wieczorem, tuż po cichym akcie strzelistym do św. Franciszka, będzie tym pustkowiem przechodził akurat student weterynarii i wstępnie opatrzy złamaną łapkę?), wreszcie bodaj trzymiesięczną batalię o uratowanie Grandy (imię już wtedy wybrane) z obozu koncentracyjnego ze schroniska na Paluchu (formalności, biurokracja, papiery, papierki, terminy, przepisy, przepisiki etc.), zakończoną konsultacjami u różnych lekarzy, z których wynikało, że ta, krzywo zrośnięta i niedbale opatrzona na wspomnianym Paluchu, łapa albo będzie do amputacji, albo do ponownego łamania i zrastania, albo do wkładania tam jakiegoś żelastwa za kilka tysięcy polskich złotych. Zarówno Granda, jak i ja, nie mieliśmy przekonania do żadnego z tych wariantów, dlatego też łapka jakoś tam się sama zrosła, natomiast pies z przeciążonymi energią akumulatorami wybiegał ją, w efekcie czego, jeśli ktoś nie wie, to się nie domyśli że coś z nią kiedyś było nie tak… najwyżej go rozbawi, gdy w pozycji siedzącej Granda trzyma ją, jakby była absolwentką jakiegoś kursu dystyngowanego trzymania rąk (łap?) w XIX-wiecznym salonie francuskich (psich) damulek.

A gdzie to tytułowe psie niebo? Wszędzie tam, gdzie są państwooooo!!!, szczególnie gdy karmią, głaszczą, idą na spacer, głaszczą, biegają, głaszczą, droczą się, głaszczą, tarmoszą za uszy (ale nie za mocno), i na koniec znów pogłaszczą. Z kolei Granda wcale takim aniołem nie jest (to oczywiste: jest przecież pieskiem), jak by na to wyglądała (chociaż, kto ją widzi pierwszy raz, i na dodatek pozwoli położyć pyszczek na swoich kolanach, od razu się na to z reguły nabiera…).

Naprawdę, bardzo ją… lubię. No właśnie, tu się zaczyna mały problem. Uważam, że wszystko powinno być na swoim miejscu, również w sferze pojęć, jakich używamy. W dzisiejszym świecie (choć to brzmi jak banał) pojęcia się mieszają, często nie są wyraziste, jednoznaczne, nie wprowadzające w błąd – jeśli chodzi o stosunek niektórych ludzi do zwierząt, widać to wyraźnie.

Otóż: zwierzęta nie są ludźmi (ani aniołami), nie są więc osobami. Są… zwierzętami! Wspaniałym Bożym stworzeniem, które robi to, co do niego należy i chwali Stwórcę swoim życiem, bieganiem za piłką, głębokim, na swój sposób mądrym, spojrzeniem i uchachanym ryjkiem – ale to człowiek jest stworzeniem najwspanialszym. Drażni mnie, gdy się miesza pojęcia przypisane tylko ludziom: np. gdy się mówi o „humanitarnym” traktowaniu zwierząt, albo o „adopcji” psa w schronisku. To błąd (i wcale nie taki drobny, za pomocą języka opisujemy rzeczywistość): zwierzęciu należy się po prostu godne traktowanie, bez przemocy i okrucieństwa, ale też nie takie samo, jak człowiekowi; psa można co najwyżej przygarnąć, zaopiekować się nim, otoczyć troską, dać dom, ale nie – błagam! – adoptować.

Psa można kochać tylko w pewnym określonym znaczeniu – na pewno nie tak, jak się powinno kochać drugiego człowieka. Naprawdę, rozumiem ogłoszenia na przydrożnych słupach o zaginionych psach lub kotach, wyrażających autentyczną tęsknotę i lęk o ukochanego czworonoga (gdyby mi gdzieś nagle Granda zniknęła, to martwiłbym się w nie mniejszy sposób). Rozumiem przywiązanie, pewien rodzaj przyjaźni czy nawet miłości – ale umówmy się, to tak samo, jak się mówi, że ktoś kocha przyrodę, kocha lody waniliowe, kocha pływać albo czytać książki; nie będzie to to samo, co kochać żonę/męża, kochać dziecko, kochać rodziców, nie mówiąc już o miłości do Boga. Tak na marginesie: zawsze zapala mi się czerwona lampka, gdy niektórzy, komentując np. częste informacje o pokrzywdzeniu biednych psiaków przez swoich bezmyślnych właścicieli (które rzeczywiście potrafią wzruszyć, a jednocześnie mocno zdenerwować, szczególnie gdy w grę wchodzi umyślne okrucieństwo człowieka względem swoich „małych braci”), twierdzą, że w oczywisty sposób zwierzęta są lepsze od ludzi, bo nie zadają takich cierpień, jak to takiego zwyrodnialca powinno się przywiązać dożywotnio do drzewa i tak dalej. Nie, zwierzęta nie są lepsze od ludzi! Nawet wobec największego zwyrodnialca jesteśmy winni miłość większą, niż wobec najmilszego czworonoga – tyle, że o zupełnie innej miłości tutaj mowa, o innej kategorii uczuć, decyzji. Trudne? Nie do przyjęcia dla niektórych? Cóż, ale to jest właśnie chrześcijaństwo, ale również zwykłe i naturalne człowieczeństwo, przyjmujące pewną hierarchię stworzeń, ład i porządek w świecie, jak też rzeczywistą i pełną prawdę o człowieku (antropologię).

Czy zwierzęta będą z nami w niebie (standardowe pytanie małych dzieci na lekcjach religii)? Nie wiadomo. Jednak jestem przekonany, że tutaj na ziemi mają swoją wyjątkową i niezastąpioną rolę, prawo do godnego traktowania i istnieje mnóstwo powodów, żeby się nimi zajmować, troszczyć, bawić – ale też i rządzić nad nimi, wykorzystywać do swoich potrzeb. (Swoją drogą, nie widzę powodów, żeby w jakiś sposób nie towarzyszyły nam po śmierci, tak jak to robią tutaj). Szczerze i autentycznie podziwiam ludzi, którzy poświęcają się z miłości do zwierząt: począwszy od weterynarzy, skończywszy na wolontariuszach różnych schronisk, przytułków i in. Jedyne, czego nie trawię, to ideologiczni pseudoekolodzy, którzy potrafią ronić łzy nad cierpieniem najmniejszego przedstawiciela fauny, jednocześnie niosąc postulaty „prawa do aborcji” (ludzkiej, rzecz jasna) – to jest dla mnie głupota, której nijak pojąć nie potrafię.

Na szczęście Granda nie potrafi czytać i nie będzie mi miała za złe, że wykorzystałem ją jedynie, jako ilustrację do wpisu na zupełnie inny niż ona temat (liczę, że nikt jej też tego nie powie, uznaliśmy zgodnie z Elą, że nasza psina nie jest wcale taka głupia, jaką często udaje). Gdy wchodzę do mojego mieszkania, i nie czeka tam na mnie od drzwi merdający ogon i wytęsknione spojrzenie mojego ukochanego czworonoga, to bardzo, bardzo mi czegoś brakuje… i ona umie to doskonale wykorzystywać, cwaniura jedna!