Sytuacja w Kościele po liście arcybiskupa C.M. Viganò jest, delikatnie mówiąc, nieciekawa, jakby jej z różnych stron nie pudrować. Wiele pytań, jakie ze sobą niesie, wątpliwości, niedopowiedzeń, a przede wszystkim sposób rozwiązania tego kryzysu przez Stolicę Apostolską – sprawiają niekiedy wrażenie, jakbyśmy byli wewnątrz jakiegoś dynamicznego kościelno-politycznego serialu, z Franciszkiem w roli raczej Ojca Chrzestnego, niż Ojca Świętego.

Tak nie powinno być. Może niektórzy ekscytują się i podniecają takim rozwojem zdarzeń, wyciągając przysłowiowy popcorn i z zachwytem czekając na kolejne odcinki – ale większość wiernych (w tym i ja) jest całym tym zamieszaniem raczej zasmucona, skonsternowana, zakłopotana i zmieszana. To tak, jakby przy dużym obiedzie rodzinnym któryś z wujków publicznie, przy wszystkich, zarzucił naszemu tacie, że wiedział o patologiach seksualnych z udziałem innych krewnych, i nic z tym nie zrobił – wysuwając konkretne oskarżenia, podając daty, nazwiska, sytuacje. Albo ten wujek oszalał i bredzi od rzeczy, albo jakaś toksyczna choroba rozlała się na rodzinę i dotyka tych, od których oczekujemy szlachetności, jednoznaczności, moralności… czy, jak ona tam się nazywała, no, świętości.

Po pierwsze ofiary: na pewno?

Nie mogą nam umykać z oczu, nie możemy ich pomijać, skupiając się tylko na personalnych układankach watykańskiego domku z kart. Nie mówimy o tym, że jeden ksiądz z drugim biskupem się upili przy jakiejś biesiadzie i zataczali się, wracając do domu (co jest gorszące), albo jakaś szajka duchownych zdefraudowała pieniądze ze zbiórki dla ubogich (co jest gorszące), albo… coś tam jeszcze się wydarzyło, z katalogu odwiecznych tanich sensacji i skandali, w stylu nudnego zwiastunu filmu „Kler” Smarzowskiego. Nie chodzi nawet o lokalne zgorszenie jakiegoś proboszczyny, niby zachowującego celibat (w dosłownym znaczeniu bezżeństwa), ale wszyscy w okolicy wiedzą, że nieformalna żona ma się dobrze, a pleban przekazał swoje geny dalej w świat.

Nie, na litość Boską (!), mówimy o jednym z najcięższych i najbardziej odrażających występków, jakich może dopuścić się osoba, powołana do życia w Ewangelii i w prawdzie: o molestowaniu seksualnym, czymś co niewyobrażalnie rani do głębi drugiego człowieka, pozostawia ślad na całe życie. To największe wypaczenie miłości, zaprzeczenie ojcostwa duchowego. Gwałt, którego skutków nie da się cofnąć. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby w ten sposób skrzywdzić bezbronne dziecko lub młodą, zależną od nas, osobę.

Myślenie przede wszystkim o ofiarach ustawia nas w odpowiedniej optyce, każe myśleć o tym, co najważniejsze, co jest istotą całej tej zawieruchy.

Ile jeszcze?

Ile razy, w ostatnich latach (powiedzmy, kilkunastu) słyszeliśmy, że najwyższy czas na oczyszczenie Kościoła z przestępców seksualnych w sutannach, na zerwanie z toksycznym korporacyjnym „kryciem swoich”, na wołające o pomstę do nieba bagatelizowanie problemu, zbywanie go „medialną nagonką”, wreszcie: zamiatanie spraw pod dywan i udawanie, że problemu nie ma? Oczywiście, że problemu nie ma w takiej skali, jaką sugerują środowiska liberalne, nie potrafiące zdobyć się choćby na część tej walki z pedofilią i innymi rodzajami molestowania seksualnego w swoich szeregach, na jaką zdobył się Kościół Katolicki. Tylko że my nie możemy działać na zasadzie „a u was biją murzynów”, i podawać (nawet i prawdziwe) kontrargumenty, że pedofilia to znikomy procent, ledwie dostrzegalny margines duchowieństwa – wystarczy jeden taki przypadek, żeby był powód do ekspiacji, wstydu i pokuty.

Kościół, zwłaszcza w ostatnich dwóch dekadach, taką ekspiację i pokutę podejmował: było to mocno widoczne i za pontyfikatu Jana Pawła II, i za Benedykta XVI (jego spotkanie z amerykańskimi ofiarami księży pedofilów to był niezwykły, poruszający moment – ale nie chodzi tylko o emocje, niemiecki papież wprowadził również wiele reform prawnych w tym zakresie). Jednak, jednocześnie, nadal można by zrobić więcej, odważniej, głębiej. Na naszym rodzimym, polskim podwórku nie doświadczyliśmy, Bogu dzięki, takiej skali przestępców seksualnych w sutannach, jak w niektórych innych krajach, zwłaszcza w USA i Irlandii – ale wiemy dobrze, że nawet na mniejszą skalę, pojedyncze przypadki głęboko ranią wspólnotę Kościoła, oraz Kościół jako instytucję. Samobójstwo drogi pt. „udawajmy, że problemu nie ma, jakoś się rozejdzie po kościach” mogliśmy zobaczyć po skandalu z udziałem abp. J. Paetza, którego skutki Kościół poznański (zarówno duchowni, jak i świeccy) odczuwa wciąż, po kilkunastu latach.

Nic dobrego nie przyniesie wzruszanie ramion i drwiące uśmiechy w reakcji na ostrzeżenia przed„lawendową mafią”, homoseksualnym lobby wśród katolickiego duchowieństwa, które jest podglebiem dla tego rodzaju przestępstw i wykroczeń. Młyny Kościoła mielą powoli – ale w tym przypadku, zdaje się, nie mogą wciąż dotknąć tego, co konieczne.

Czym jesteśmy zaskoczeni?

Teraz uwaga: wyobraźmy sobie, na tyle na ile możemy, jakieś zło, w którym uczestniczy duchowny: „zwykły” ksiądz, może biskup, kardynał, a niechby i nawet sam papież. Zło konkretne, raniące drugiego człowieka, w obojętnie jakim wieku. Zło fizyczne (związane z seksualnością), przemoc cielesną lub psychiczną…. no dobrze, wystarczy, nie chodzi mi o to, żebyśmy teraz w jakiś niezdrowy sposób pobudzali naszą wyobraźnię – ale o to, że cokolwiek w naszych myślach by się nie pokazało, nie byłoby to nic nowego w historii Kościoła.

Nie ma takiego grzechu w Kościele, który byłby nowy, oryginalny – wszystko już się przetoczyło. Od zwykłych świeckich po hierarchię kościelną, od góry do dołu drabinki duchowieństwa złamano już kiedyś wszystkie przykazania Dekalogu. Kapłanami (biskupami, kardynałami, a nawet papieżami) były już osoby niewierzące, mające w nosie sakramenty, byli mordercy, byli cudzołożnicy, gwałciciele, pedofile, zboczeńcy seksualni wszystkich odmian, zwyrodnialcy, kłamcy, złodzieje, intryganci, spiskowcy, hipokryci, zdrajcy, kupczący sakramentami i godnościami kościelnymi… Zawsze byli, są i będą (tyle, że w różnych liczbach, w różnej skali).

Czy to oznacza, że trzeba bagatelizować problem? Nie, to oznacza, żeby trochę ochłonąć we wzmożeniu pt. „och, jaki kryzys w Kościele, tyle zła się dzieje, niewyobrażalne, niesamowite, co teraz”?. Co teraz?

  • Po pierwsze: podziękować Bogu, że w ostatnich dekadach mogliśmy żyć w epoce prawdziwie świętych i mądrych papieży i kardynałów – i wywnioskować z historii Kościoła, że to raczej nie jest stan permanentny, stały. I tym mocniej się o jego widoczną świętość modlić. Wielu z największych świętych żyło w czasach zepsucia moralnego duchowieństwa, przy którym ten dzisiejszy może wydawać się lekkim niedomaganiem.
  • Po drugie: przypomnieć sobie, że jeden publiczny grzech jakiegoś członka Kościoła zawsze będzie głośniejszy, niż dziesięć codziennych świętości innych katolików. I że księża nie biorą się z Księżyca, ale z naszych rodzin i środowisk, są tak samo wychowani jak my, i tak samo przesiąknięci współczesną kulturą i popkulturą, jak my.
  • Po trzecie: skupić się na tym, co w Kościele jest istotą, czyli na Jezusie Chrystusie i Jego sakramentach, dających życie wieczne. Już naprawdę ręce i nogi opadają, gdy kolejne, ponoć katolickie, media dzielą się na swoich łamach – przepraszam bardzo – bełkotem w stylu „ja już chyba nie pasuję do tego Kościoła, jest źle, coraz gorzej, on [a na pewno ten polski Kościół] niedługo spadnie w przepaść”.

Kościół jest święty, bo jest Ciałem Chrystusa – i nie zmienią tego większe lub mniejsze grzechy pasterzy Kościoła, następców Apostołów, Purpurowych Książąt, czy nawet samego Ojca Świętego. Kościół jest święty nie dlatego, że księża grzeszą (jak każdy z nas) – ale pomimo tego, że to robią. Ktoś powie: dobra, dobra, takie pobożne teksty to jedno, a rzeczywistość zranionych i skrzywdzonych osób (dzieci, młodzieży, dorosłych), to drugie, chyba jednak ważniejsze.

Owszem, dlatego źle się dzieje, jeśli nie działa podstawowa zasada: konsekwencją grzechu jest pokuta i zadośćuczynienie. A gdy mowa o grzechu gorszących maluczkich, Ewangelia mówi o karze jeszcze dotkliwszej (przywiązać skurczybykowi kamień młyński do szyi i rzucić w wodę). Dlatego zamiatanie pod dywan takich afer, ukrywanie ich i hermetyczne milczenie – bojaźń, żeby się nie wydało, żeby „swoim” się nic nie stało: tak, to prawdziwy skandal, zgorszenie, wstyd i absolutnie niedopuszczalna podłość.

Watykan: House of cards w piuskach?

Od dwóch tygodni osoby bardziej zainteresowane życiem Kościoła nie mogą nie zauważyć tematu listu abp. Viganò, jego reperkusji, zawirowania wokół niektórych „bohaterów” jego świadectwa – w newsach, felietonach, wypowiedziach wszelkiej maści publicystów katolickich, ze wszystkich stron i środowisk.

Szczerze mówiąc, można się w tym już trochę pogubić. Tak naprawdę trudno powiedzieć, kto tu ma rację – w sytuacji pokazania wierzchołka góry lodowej czysto politycznych (czyli „partyjnych”, dotyczących różnych stronnictw) sporów wśród hierarchii kościelnej, sięgających szczytów Kurii Rzymskiej.

Najgorsze jest według mnie myślenie sztampowe, dualistyczne: dzielenie całego Kościoła na „tradycjonalistów” i „franciszkowców”: Viganò to tradycjonalista, no, to wiadomo, całe jego świadectwo wywalamy do kosza, bo to jawne nawoływanie do przewrotu pałacowego, źli wrogowie dobrego papieża chcą doprowadzić do jego ustąpienia i brzydko grają brudnym tematem. Albo inaczej: herold dobra, zatroskany arcybiskup, nigdy nie zaplątany w żadne afery ani niejednoznaczne sytuacje, krystaliczna postać, wypowiada wojnę zepsutej, przesiąkniętej modernizmem kurii, z prowadzącym Kościół ku przepaści kiepskim papieżem.

Tylko że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Oczywiście, że autor listu to nie jest święty za życia, wygląda na to, że też ma co nieco „za uszami” jeśli chodzi o krystaliczną postawę w walce z pedofilią w Kościele amerykańskim – ale czy to go automatycznie dyskredytuje? Czy nie można przyjąć jego świadectwa, nawet jeśli jest niejako umoczony w jednym bagnie, jako tym bardziej wiarygodnego?

Publicyści katoliccy też są podzieleni: Andrea Tornielli wykazuje nieścisłości w liście Arcybiskupa – ale już Danneels, de Kesel, Inzoli, Ricca, czy wreszcie: George Weigel lub Scott Hahn (których na pewno nie zaliczymy do tradycjonalistów) są już innego zdania, że coś jest na rzeczy.

Jak mają się w tym wszystkim odnaleźć zwyczajni katolicy, niekoniecznie zorientowani w politycznych zawiłościach kurii rzymskiej (bo to nie jest niczyj obowiązek)? To samo w sobie jest już zgorszeniem, że najwyżsi pasterze Kościoła zachowują się jak politycy: kto z kim, kto kogo, kto przeciw komu? Co to, do cholery jest? Później się okazuje, że nawet uroczysta koncelebra z papieżem (Benedyktem XVI) jest wykorzystywana „politycznie”, bo kardynał McCarrick (jeden z głównych antybohaterów afery pedofilskiej w USA), na którego papież miał nałożyć sankcje (według abp. Viganò) był później obecny właśnie podczas uroczystej koncelebry w Watykanie, papież miał tym być zaskoczony, ale przecież co tam papież naprzeciw silnym kurialistom… Nikt tu naprawdę nie czuje najgłębszego zażenowania? Eucharystia – jako miejsce politycznego prztyczka wobec papieża, pokazanie mu kto ma jakie wpływy? Jest to do wskroś gorszące (przypomina „blokadę” Jana Pawła II w dotarciu do niego pełnych informacji odnośnie abp. Paetza).

Gorszące – dlatego my, wierni, mamy znać prawdę o tych wydarzeniach. Nie z jakiejś niezdrowej ciekawości, żądzy sensacji, czy czegoś w tym rodzaju – ale dlatego, że to dotyczy nas wszystkich, bo to jest nasz ukochany Kościół, nasza rodzina. I niech zacietrzewieni publicyści przestaną dyskredytować świadectwo abp. Viganò na zasadzie: „bo nie lubi papieża”, „bo sam nie jest święty”, „bo klerykalizm”, „bo papież robi dużo dobrego dla ludzi”, „bo papież jest Latynosem” – bo to jest już gorzej, niż śmieszne.

Po co nam milczący papież?

Wreszcie dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego aspektu całego tego zamieszania. Różne, mniejsze czy większe, afery i skandale przetaczały się wokół różnych duchownych, niektóre niestety prawdziwe, inne zmyślone – ale po raz pierwszy mamy weń wciągniętą bezpośrednio osobę Ojca Świętego. Stawia mu się poważne zarzuty, konkretne oskarżenia, na koniec wnioskując, że powinien sam dać przykład, podając się do dymisji (wolałbym, że to nie miało miejsca – jedna dymisja papieża na kilkaset lat wystarczy).

Każdego katolika powinno to przede wszystkim zmartwić. Bądźmy realistami: Franciszek pokazał w ostatnich latach, że oprócz medialnej twarzy „dobrego papieża” potrafi być bezwzględnym politykiem, chociażby w „czyszczeniu” kurii rzymskiej z purpuratów nie podzielających w 100% jego sposobu myślenia o Kościele: co by nie myśleć o dostojnikach związanych mniej lub bardziej z tradycjonalistami (bo o nich przede wszystkim chodzi), zostało to wykonane perfekcyjnie, czego symbolem jest czołowa postać tego środowiska, kard. Raymond Burke, który może obecnie, na pocieszenie jako patron Zakonu Maltańskiego, paradować sobie z kilkumetrową czerwoną cappa magna, i tyle jego wpływów.

Papież zdecydował, podczas „samolotowej” konferencji prasowej, że nie powie ani słowa o liście abp. Viganò, że dziennikarze sami powinni wyciągnąć wnioski, i tyle. Nie ukrywam, że uważam to za błędne posunięcie – choćby z czysto wizerunkowych powodów. Nie przekonują mnie argumenty, że to sprawdzona metoda jezuicka, którą Franciszek stosował już jako kard. Bergoglio, choćby przy okazji stawiania mu zarzutów o współpracę z wojskowym reżimem w Argentynie, zabijającym i torturującym swoich wrogów (prawda była zupełnie inna, kardynał pomagał ofiarom junty). Nie przekonują mnie dlatego, że są wprost zaproszeniem do domysłów i tworzenia kolejnych spekulacji. Tym bardziej jest to niekonsekwencja w działaniu Franciszka, który niemal od początku pontyfikatu zachęcał do krytycznego myślenia, do „robienia rabanu”, łamał konwenanse, jeszcze bardziej „otworzył” papiestwo… no, to albo sedia gestatoria i cmokamy w czubek papieskich trzewików, albo w pełni nowoczesny, otwarty styl, na podobieństwo innych współczesnych, światowych instytucji.

Z drugiej strony – to jednak papież, Ojciec Święty. Bardzo mi się nie podobają komentarze w stylu „on od początku do niczego się nie nadawał”, „brak tłumów witających go w Irlandii? – jaki pontyfikat, takie tłumy”, i tak dalej. Nie jest to katolickie myślenie. Katolickie myślenie nie oznacza papolatrii, tzn. bezkrytycznego spojrzenia na papieża, i oburzenia na próby ujmowania go jako konkretnego człowieka, który może się mylić (i często się myli), z którym wcale nie trzeba we wszystkim się zgadzać (np. w kwestiach politycznych, społecznych, cywilizacyjnych). Ale to jednak papież, głowa naszej rodziny. Siłą rzeczy należy mu się autorytet. Jeśli ktoś wypowiada się o nim drwiąco, podważając jego papiestwo jako takie, prezentując postawę „przeczekania” tego pontyfikatu i nie mogąc doczekać się jego odejścia, w jakikolwiek sposób – jest to dla mnie gorszące i dyskredytujące takie rozmówcę. Każdy katolik powinien w takiej sytuacji zaprotestować.

Każdemu kontestatorowi Franciszka dedykuję fragment z Księgi Syracha (Syr 3, 10-14):

Nie przechwalaj się niesławą ojca, albowiem hańba ojca nie jest dla ciebie chwałą. Chwała dla każdego człowieka płynie ze czci ojca, a matka w niesławie jest ujmą dla dzieci. Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie.


W takich sytuacjach objawia się nasza postawa jako katolików. Nie szukajmy sensacji jako takiej, nie chwytajmy się okazji do zwycięstwa naszej ideologii, bo chrześcijaństwo to nie ideologia. Takie momenty powinny nas przede wszystkim zasmucać – a potem mobilizować do większej modlitwy za Kościół i do jego uświęcania, zaczynając od siebie samego.

Wujek oskarżył naszego tatę, cieniem pokryła się reputacja znacznej części naszej rodziny – mamy prawo znać prawdę, jednocześnie mamy prawo walczyć o dobre imię naszego domu, bronić go przed wrogami (a na pewno błędem jest stawanie wespół z nimi w jednym szeregu), działać na rzecz odbudowy jego zaufania.