Uff, była z marcepana! – czyli nasze książeczki do śpiewania

Oswajanie z muzyką od najmłodszych lat stanowi niewątpliwą wartość. Odkąd przyszła na świat, a nawet gdy jeszcze rosła pod sercem mamy, śpiewamy Basi piosenki, zwłaszcza kołysanki – z pomocą przychodzi niezwykły zbiór. Nie, nie chodzi o YouTube.

W internecie jest mnóstwo piosenek dla dzieci, w tym cała klasyka. Na YouTube (i w innych miejscach) można posłuchać wiele nagrań, które… no właśnie, ich jakość pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza warstwa muzyczna (instrumentalna). Można trafić na wartościowe aranżacje, jak choćby Kołysanki utulanki duetu Umer&Turnau. Ale to mniejszość. W większości udostępnianych piosenek akompaniamentem jest jakiś elektroniczny podkład na smyczącym keyboardzie, co mnie osobiście raczej nie pozwala się skupić. Często jest to po prostu kiczowate. Albo kojarzy mi się z chińskimi zabawkami, trzeszczącymi z ukrytego głośnika hałaśliwą łupaninę, wyrządzającą dziecięcym uszom raczej więcej szkody, niż pożytku.

Poza tym, Proszę Państwa: uważam, że puszczanie prostych piosenek dzieciom powinno być wyjątkiem, a nie regułą. Nauczcie się tych piosenek i śpiewajcie je swoim maluchom! Tak zawsze było i zawsze stanowiło pierwszą, pierwotną i podstawową edukację muzyczną, której zarzucenie przynosi dzisiejsze, przerażające efekty wśród dorosłych ludzi: widzę to wyraźnie w kościele, chyba ostatnim miejscu, w którym ostało się jeszcze wspólne śpiewanie (na taką skalę), gdzie ludzie mają problem z powtórzeniem prostej melodii, z pamięcią muzyczną itd.

Każdy potrafi śpiewać, trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć i zapamiętać. A jeśli ktoś się z jakichś powodów wstydzi robić to przy innych, to przy własnym dziecku na pewno nie powinien 🙂

Ale dość narzekania, jeśli ktoś chce sobie w tym temacie pomóc, to zachęcam do sięgnięcia po dwie pozycje:

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali, Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2014

ksiazeczki_spiew1

To w pewnym sensie kultowa pozycja, po raz pierwszy wydana w 1991 roku przez WSiP. Pamiętam to pierwsze wydanie, bo było u mnie w domu gdy miałem kilka lat i uczyłem się grać na pianinie. Później gdzieś się zagubiło i gdy niemal dwadzieścia lat później oczekiwaliśmy narodzin Basi, zażyczyłem sobie tę książkę pod choinkę.

Jest wspaniała, nie zmieniła się w swoim układzie i wyglądzie (poza drobnymi poprawkami) od samego początku. Wyboru i opracowania piosenek dokonała Katarzyna Zachwatowicz-Jasieńska, śpiewaczka (mezzosopran) i wybitna dydaktyk śpiewu. Co babcia i dziadek śpiewali… to prawdziwa skarbnica, bo mieści niemal sześćdziesiąt tytułów, czasami z opisem towarzyszących im zabaw (dla starszych dzieci) oraz z zapisem nutowym, i to nie byle jakim, bo z klasycznym, ładnie zharmonizowanym akompaniamentem fortepianowym. Moją jedyną uwagą jest to, że można było mimo wszystko w nowych wydaniach obniżyć niektóre tonacje, dla łatwiejszego użytku przez przeciętne osoby (zwłaszcza nie muzykujące zbyt często).

20160302_105441

Nieocenionym walorem książki, jej prawdziwym smaczkiem, są piękne ilustracje Kazimierza Wiśniaka. Do każdej piosenki, na każdej stronie spotykamy się z bohaterami, o których śpiewamy. Obrazki są duże, kolorowe, w tradycyjnym stylu. Gdy książka spoczywa na pulpicie pianina, a Basia siedzi mi na kolanach, ogląda je naprawdę z dużym zainteresowaniem.

ksiazeczki_spiew2

Wydaje mi się, że Co babcia i dziadek śpiewali… z czasem stanie się klasycznym śpiewnikiem dla dzieci. Zbiorem pięknych piosenek, których wiele pobrzmiewa gdzieś w naszej pamięci, gdy nasi dziadkowie nam je śpiewali. Nie wolno pozwolić, żeby odeszły w niepamięć! Obecnie Basi podobają się szczególnie: Jadą, jadą misie, Ta Dorotka, Czarny baran, Płynie Wisła, płynie, Był sobie król, Jadą jadą dzieci drogą, Wielka wyprawa.

Chociaż te piosenki mają już długi żywot i często ich treści są, nie ukrywajmy, dość… anachroniczne (co do realiów życiowych: praczki piorące na tarze, pociąg czyli dymiąca lokomotywa, opis dawnych prac rolnych, pocztylion z trąbką itd.) – to jednak wielka szkoda by się stała, gdyby zostały zapomniane. Tak samo, jak czytamy dzieciom klasyczne bajki, tak samo powinniśmy śpiewać piękne, klasyczne piosenki.

Do książki dołączone są też dwie płyty, z nagraniem wszystkich piosenek: jest to wykonanie, można powiedzieć, podręcznikowe, z akompaniamentem fortepianu, pięknym profesjonalnym śpiewem (w tym samej Katarzyny Zachwatowicz-Jasieńskiej), do tego z komentarzami czytanymi przez Ksawerego Jasieńskiego. Tę płytę można odtwarzać np. w samochodzie (bo w domu przecież sami śpiewamy). Druga płyta zawiera sam akompaniament, więc nie można się wymawiać nieumiejętnością czytania nut.

Kołysanki, wyd. Siedmioróg, Wrocław 2012

20160302_105531

O drugiej pozycji wspomnę krótko. Jest innego rodzaju wydaniem, nowym, bardziej współczesnym zwłaszcza w warstwie graficznej. Mamy do wyboru 22 piosenki (tym razem same kołysanki), z których tylko kilka powtarza się we wcześniej opisanej książce, stanowi więc ona jej dobre uzupełnienie. Szkoda, że nuty zostały potraktowane trochę po macoszemu: bez akompaniamentu, jedynie linia melodyczna. Brakuje też podpisanych akordów, które pomogłyby mniej wprawnym w harmonizacji osobom. No i czcionka (nut i słów) mogłaby być inaczej stylizowana, żeby nie odznaczała się tak na stronie. Ale to tylko drobiazgi, bilans wychodzi na plus.

20160302_105548

Moim zaskoczeniem były ilustracje Artura Piątka: są na pewno inne niż te klasyczne powyżej, nowsze, zdecydowanie dwudziestopierwszowieczne, w pierwszej chwili pomyślałem nawet, że za bardzo , ale… jednak nie. Może kolory są bardziej wyraziste, żeby nie powiedzieć krzykliwe, ale obrazki są bardzo ładne, wyraźne, postaci uśmiechnięte. Do tego „smaczek”: w wielu miejscach pojawiły się symbole religijne, pokazane jako mające swoje naturalne miejsce w domu, nad łóżkiem dziecięcym, wokoło: krzyż, obraz z Sercem Pana Jezusa, Matka Boża, aniołowie itd. Wydaje mi się, że gdyby ich nie było, nikt by się do tego nie przyczepił i może nie zwrócił uwagi, dlatego tym bardziej autor zasługuje na pochwałę.

20160302_105610

Do książki również dołączono płytę CD z nagraniami wszystkich piosenek. Nie jest to już klasyczne wykonanie z fortepianem, tylko typowa produkcja wokalistów śpiewających w popularny sposób, w połączeniu z zespołem instrumentalnym, pomagającym sobie różnymi efektami. Nie wyszło najgorzej, ale też nie powala. Na pewno pomoże szczególnie tym, którzy nie potrafią czytać z nut – a trzeba przyznać, że niektóre z kołysanek są dość trudne muzycznie.


Śpiewam(y) też Basi inne rzeczy. Tak naprawdę śpiewamy wszystko. Piosenki Starszych Panów, piosenki Kuby Badacha ze Śrubek, pieśni religijne, Godzinki, na Boże Narodzenie oczywiście kolędy, niektóre piosenki przedwojenne, czasem też patriotyczne, lwowskie. Co się da! Basia sama jeszcze nie śpiewa, ale zdecydowanie widać, jak reaguje na śpiew rodziców. Do tego oswaja się z pianinem, więc jestem przekonany, że za kilka lat będziemy śpiewać (i w ogóle muzykować) już razem 🙂

P.S. Wiecie, oczywiście, kto był z marcepana?