Miniony tydzień naznaczony był tragicznymi wydarzeniami w Gdańsku. Na szczęście dało się w tym wszystkim dostrzec jakieś dobro, choć musiało się ono mocno przebijać… Natomiast dla mnie osobiście najważniejszy był wspaniały urlop w górach, razem z żoną i dziećmi.

URLOP

Miniony tydzień to dla mnie przede wszystkim urlop z rodziną. Nie jakiś przesadnie długi, bo jedynie sześć dni (w tym dwa w podróży), ale uznaję go za bardzo dobrze spędzony czas. Wynajęliśmy domek na obrzeżach Łopusznej k. Nowego Targu – to niezwykle malownicze miejsce, szczególnie letnią porą, skąd zaczyna się moja ulubiona trasa na Turbacz. W naszym wspólnym zamyśle chcieliśmy po prostu spędzić parę dni z Basią i Jadzią w górach, żeby dziewczynki mogły zaznać trochę prawdziwej zimy i śniegu… no i udało się ten cel osiągnąć aż zanadto. Gdy dojechaliśmy do Łopusznej, ledwo mogliśmy odnaleźć nasz domek, przywitała nas jakaś zamieć z zawieją, później przez trzy dni tak sypało śniegiem, że o ile dotychczas hasło „odkopać samochód” traktowałem raczej żartobliwie, o tyle tym razem doświadczyłem go jak najbardziej dosłownie. Na szczęście byliśmy zaopatrzeni w łańcuchy do naszego auta, choć i tak żaden wyjazd z naszego miejsca zamieszkania nie mógł się odbyć przynajmniej bez wspólnego wypychania samochodu z posesji albo męczeniem się z zaspami… raz musiał interweniować szwagier sołtysa ze swoim traktorem, więc nie nudziliśmy się.

Poza tym: planszówki, kolorowanki, wspólne spacery, szaleństwa na sankach, ogromna skrzynia z Lego Duplo udostępniona przez gospodarzy domku, wieczory przy kominku, odwiedziny u zaprzyjaźnionej rodziny Wojtaszków w Maniowach i rekonesans tamtejszych organów parafialnych (wreszcie udało się skrócić internetową relację!), porządny relaks na basenie termalnym, kawiarnia w Nowym Targu… Wspaniały familytime.

Cały mój świat zgromadzony wokół, zaś cała reszta zostawiona na zewnątrz, na kilka dni oderwanie się od internetu, social media, radia. Psychiczny i fizyczny odpoczynek w sam raz!

Jadzia wreszcie dała się przekonać do sanek – na początku traktowała je jak dziwactwo, i że chyba za karę miałaby na nie wsiąść

Jak bardzo ważne są takie dni, takie chwile! Drobne wspomnienia, uchwycone smartfonem, dodane do rodzinnego archiwum. Jadzia strzelająca fochy, że po co w ogóle ten śnieg, nie da się po tym normalnie chodzić, kto to wymyślił. Basia oczarowana taką ilością białego puchu, wdrapująca się na „śnieżne góry”, spadająca z nich i wpadająca po pas w zaspy, wariująca na sankach. Pierwsza gorąca czekolada pita z filiżanki w kawiarni i wygłupy z czekoladowych wąsów. Moja ukochana żona ogrywająca mnie w Scrabble. Mój – excuse moi – wkurw na ten śnieg, może i fajny przez pierwsze dni, ale później sprawiający ból rąk i nóg przy odśnieżaniu, odkopywaniu, wypychaniu samochodu, ciągłym zakładaniu i zdejmowaniu tych cholernych łańcuchów. I tak dalej… Chwała Panu 🙂

AMOK

Niezwykłym zrządzeniem losu pakowaliśmy się na nasz wyjazd, słuchając w radio o tragicznych wydarzeniach w Gdańsku, gdzie został ugodzony nożem prezydent miasta, Paweł Adamowicz. Podczas podróży dowiedzieliśmy się, że zmarł – a w drodze powrotnej towarzyszyły nam relacje z pogrzebu. Szybka „prasówka” z dni pomiędzy śmiercią gdańskiego polityka a jego pogrzebem, oraz pobieżne przeczytanie najważniejszych komentarzy i relacji sprawiły, że odpoczynek od mediów trafił mi się chyba w idealnym momencie, bo Polska w tym czasie pogrążyła się w… amoku. Tak, uważam że to trafne określenie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sporo osób upiło się irracjonalnością, przestało logicznie myśleć i wyciągać właściwe wnioski.

Oczywiście, sam fakt zaatakowania prezydenta Gdańska, a następnie jego śmierć, to wydarzenia którym naturalnie musiały towarzyszyć silne emocje – ja sam niedzielny wieczór spędziłem w nastroju przygnębienia, smutku i modlitwy w intencji powrotu do zdrowia Pawła Adamowicza. Jednak jednocześnie, niemal od pierwszych godzin po tym tragicznym zdarzeniu, zaczęło ono być wykorzystywane czysto politycznie (partyjnie), wręcz ideologicznie, nakręcając niemiłosiernie – i tak dosyć wysoki – poziom naszej bieżącej młócki i polsko-polskich sporów, wpychając dyskurs w tory „walki z mową nienawiści”, obnażając niesamowitą hipokryzję, cynizm i wyrachowanie przeróżnych osób z przestrzeni publicznej (od polityków po komentatorów, dziennikarzy, aktorów i innych celebrytów).

Została narzucona jakaś dziwaczna narracja, jakoby od początku było oczywiste, że zabójstwo zostało dokonane jedynie z powodów politycznych (inspirowane przez „onych”, wiadomo kogo), choć znane do tej pory fakty temu przeczą, a na dodatek odeszła z tego świata postać tak ważna i istotna dla całej Polski, do tego niemal krystaliczna i najprzyzwoitsza z przyzwoitych tego świata, że ironizowanie o „kanonizacji” ś.p. Pawła Adamowicza niemal dotknęło realnych zarysów, zaś podtrzymywanie nastroju powszechnej, kilkudniowej żałoby w całym kraju na identycznym poziomie jak – w naturalny sposób – w Gdańsku i w środowisku rodziny oraz przyjaciół zmarłego, zaczęło ocierać się już o pewną żenującą sztuczność. Przedziwny sobotni pogrzeb (z mnóstwem wątpliwości co do zasadności niektórych rozwiązań, głoszonych treści, zignorowaniem przepisów kościelnych, protokołu dyplomatycznego, z kipiącymi złośliwostkami, napiętą atmosferą itd.) był już tylko kulminacją tego wszystkiego.

Przewijało się co jakiś czas sformułowanie, że „ta śmierć nie może pójść na marne”, że „,musimy…” etc. – otóż jestem w tej kwestii raczej pesymistą. Jeśli większość (a na pewno ci, którzy nadają ton publicznemu dyskursowi, albo są osobami decyzyjnymi politycznie) bije się przede wszystkim w cudze piersi i wykorzystuje to tragiczne wydarzenie jako narzędzie walki ze znienawidzonymi wrogami (w imię walki z nienawiścią, rzecz jasna), to nic z tego nie będzie. Zło można zwyciężyć tylko dobrem, a nie złem, tak to po prostu działa. Natomiast jak naszą narodową cechą był „jakośtobędzizm” i bagatelizowanie procedur bezpieczeństwa w różnych jego wymiarach, tak nadal nic się nie zmieniło. Skoro Smoleńsk nas niczego nie nauczył, to jednorazowy atak nożownika również nie będzie przełomem.

Licytacja na odloty trwa…

Pominę w tym miejscu cały wątek dotyczący Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i totalnego już teatru absurdu, w którym wykreowano tę organizację i jej szefa na ofiary ostatnich dni, niemal dorównujące cierpieniom zmarłego tragicznie Pawła Adamowicza. Po moim facebookowym wpisie, krytycznym wobec zachowania Jerzego Owsiaka w niedzielny wieczór, rozpętała się w komentarzach burza, jakobym zamachnął się na najwyższe Samo Dobro tego kraju. Okazało się, że początkowe zachowania pana w czerwonych okularkach to był jedynie było nic wobec jego kabotyńskich i cynicznych zagrywek w następnym dniach… ale chyba szkoda już na to miejsca, bo zajęłoby jeszcze ze dwa akapity.

DOBRO

Nigdy dość mówienia o potrzebie wzajemnej życzliwości, zwykłego ludzkiego dobra, szacunku, szukania przede wszystkim tego co nas łączy, a nie dzieli. I takich treści również było sporo. Znalazły się osoby, i to w zasadzie w każdym środowisku, które stanęły na wysokości zadania i zachowały się, jak trzeba – przede wszystkim słusznie dochodząc do wniosku, że jeśli tragiczne wydarzenia w Gdańsku mają mieć jakikolwiek pozytywny odprysk w postaci stonowania języka debaty publicznej, szczególnie w mediach i internecie, to trzeba zrobić jakiś wspólny krok w tył i zrobić rachunek sumienia – ale swój, a nie cudzy.

Kilku dziennikarzy i osób publicznych pozytywnie mnie zaskoczyło pod tym względem, między innymi środowisko Liberté, ideologicznie przecież mi obce, ale jednak potrafiące napisać bardzo trafny i wartościowy „List otwarty”, pod którym w zasadzie mógłbym się podpisać, tak jak to zrobiło to wiele osób, z wielu różnych środowisk. Osią tekstu jest przywołanie hasła polskich biskupów z lat 60. XX wieku: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie” – czy można wybrać lepszą inspirację?

Prezydent Andrzej Duda, przy okazji jednego ze spotkań poświęconemu ostatnim tragicznym wydarzeniom, wspomniał też o tej potrzebie rachunku sumienia – i powiedział, że on sam przyznaje, że przynajmniej kilka razy powiedział lub napisał kilka słów za dużo, niepotrzebnych, za ostrych, źle dobranych, mogących kogoś zranić lub obrazić. Nie kojarzę podobnego wyznania wśród polskich polityków, dlatego tym bardziej jest to warte zauważenia. Dla mnie samego był to również przyczynek do autorefleksji: owszem, sam często nie ugryzę się w odpowiednim momencie w język lub palce, nie zawsze powstrzymam moją zjadliwość, ironię, sarkazm – czasami potrzebne, czasami nie.

Słuchając w sobotę relacji z Gdańska, odniosłem wrażenie, że hasło „Gdańsk żegna swojego prezydenta” jest faktycznie trafne. Nie będę tu niczego udawał ani kłamał, że było inaczej: ja Pawła Adamowicza pod kątem działalności politycznej oceniam w zasadzie tylko i wyłącznie krytycznie (bazując na tym, co wiem: chyba nie ma niczego, z czym bym się z nim zgodził, w ważnych tematach) – jednak wygląda na to, że gdańszczanie faktycznie traktowali go jako swojego prezydenta, swojego gospodarza, i bardzo możliwe, że mieli ku temu powody (ponad 20 lat urzędowania o czymś świadczy). Tłumy ściągnęły na sobotni pogrzeb, i przecież nikt tych ludzi na siłę tam nie ściągał, raczej nikt tam nie przyszedł z ciekawości czy gapiostwa (zwłaszcza o tej porze roku), potrzeba serca była autentyczna, i to świadczy o tych sercach jak najlepiej.

fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl

Można było wysłuchać mnóstwa opowieści o jego różnych drobnych działaniach i inicjatywach, które były po prostu dobre. O spacerach po mieście, pozwalaniu na bezpośrednie rozmowy, o wsparciu lokalnej kultury, o zaangażowaniu w działalność hospicjum… To zawsze jest dla nas przypomnienie, żeby patrzeć na drugiego przede wszystkim jako na człowieka. Nawet, jeśli się z tym kimś nie zgadzamy, nawet jeśli ideologicznie lub merytorycznie więcej nas dzieli niż łączy – to nigdy nie może być powodem do braku życzliwości, otwartości, szacunku, postawy dialogu uśmiechu, czyli po prostu zwykłej, ludzkiej uprzejmości, której symbolem może być chociażby spotkanie dwóch konkurentów w ostatnim dniu kampanii przed wyborami samorządowymi w Gdańsku. Takie zachowanie powinno być normą, a nie miłym zaskoczeniem:


 Ten wpis jest moim przeglądem minionego tygodnia z cyklu “2 plus 1, czyli tygodniowy kubek miodu z łyżeczką dziegciu”. O jego zasadach możesz przeczytać tutaj. Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst, możesz go udostępnić. Zachęcam również do komentowania poniżej.