Żegnamy zaręczynowo [Małżeństwo jest fajne #8]

Dziś trochę na pożegnanie narzeczeńsko-małżeńskiego cyklu kilka słów o tym jak się zaręczać i nie zadręczać. Polecamy!

To już ostatni tekst w ramach cyklu „Małżeństwo jest fajne”. Piszę go, będąc na Mazurach z dala od Janka i muszę przyznać, że powrót myślami do czasu narzeczeństwa bardzo pomógł mi przetrwać tę tygodniową rozłąkę. Tak, dla mnie nawet kilka dni BEZ niego to udręka. A dzięki tym wpisom otaczały mnie piękne, wspólne wspomnienia.

Niezależnie od tego, jak dalej poprowadzimy naszą małżeńską drogę, cieszę się i Bogu dziękuję, że dał mi doświadczyć tak pięknego czasu, przepełnionego miłością i czułością. Choć jestem z gatunku marud kompletnych w głowie zostały mi tylko najpiękniejsze epizody i tego życzę wszystkim, przyszłym i obecnie zaręczonym.

Kiedy już zorientujemy się, że na horyzoncie naszego związku pokazuje się temat ślubu, warto stworzyć dobry klimat do zaręczyn. To nie musi być kadr z filmu, ale dobrze by sposób, w jaki dojdzie do zaręczyn był satysfakcjonujący i szanujący uczucia i pragnienia obu stron. Nawet bez brylantów i szampana może być pięknie, a pierścionek choćby z gumy Turbo, w odpowiednich warunkach stanie się fantastyczną pamiątką.

Zatem konkret, Dziewczyny! Przede wszystkim miejcie litość i poskromcie swoją wyobraźnię. Być może Twój facet, chciałby Ci nieba przychylić, ale nie umie lub nie chce robić wokół zaręczyn wielkiego show. Jeśli to dla Ciebie ważne i wiąże się z jakimś marzeniem, potraktuj ten temat jako test waszej komunikacji. W końcu mężczyzna zabiegając o pierwsze ważne „tak”, nie będzie raczej chciał rozczarowywać swojej dziewczyny.

Chłopaku! Niespodzianki są cudowne, ale niech to dotyczy tylko tego gdzie, kiedy i jak będą wyglądały zaręczyny. Pomóż wszystkim zainteresowanym oswoić się z nadciągającą, nową rzeczywistością. Zrób wszystko, aby Twoja ukochana miała tę decyzję w zanadrzu, nawet gdy zabraknie odpowiednich słów.

Zakochani: stwórzcie własny porządek poczucia humoru, który pomoże Wam wybrnąć z wszelkich możliwej niezręczności i będzie kluczem do niejednej różnicy zdań.

A jak było z nami? Cóż…

Nasza sesja narzeczeńska. Sadyba, maj 2012.

Znaliśmy się nieco ponad rok i po Janka oczach widziałam, że coś się kroi. Biedak, niespecjalnie umie coś ukrywać i nawet do dziś bez trudu wytropię jak wtrąbi po kryjomu paczkę pudrowych cukierków. Ale maskował się jak mógł. Raz niewiele brakowało, a przyłapałabym go na mierzeniu pierścionka. Zabrał się do tematu profesjonalnie, z suwmiarką (!) – jak on ją wtedy szybko schował, będąc u mnie?

10 listopada umówiliśmy się w kawiarni na starówce, tej samej, w której spotkaliśmy się pierwszy raz. Tylko teraz było tam ciasno i tłoczno, więc zaproponowałam spacer, po prostu widziałam, że w takich warunkach nie wykrztusi z siebie. Na zewnątrz dopadło nas potwornie zimno i wszędzie snuła się mgła. Na Rynku Nowego Miasta, w najbardziej rozbudowanym zdaniu wielokrotnie złożonym usłyszałam właściwe pytanie. Jeśli ociągałby się jeszcze chwilę, chyba musiałby mnie potem odkuwać z zamarzniętego bruku. Chichotaliśmy potem przytuleni na ławce tak, jak tylko zakochani potrafią.

I dziś jestem znów wzruszona i szczęśliwa tamtym wieczorem. Wyciągnęłam go na chwilę dla Was z naszego Banku Dobrych Wspomnień.


Tym wspomnieniem kończymy cykl „Małżeństwo jest fajne” (zajrzyjcie na pozostałe wpisy!). Dziękujemy naszym czytelnikom (stałym i nowym) oraz organizatorom akcji, szczególnie Ewie z Mocem.pl, której przyszło do głowy, że coś o małżeństwie wiemy i napiszemy. Serdecznie pozdrawiamy też wszystkich pozostałych Blogerów i Vlogerów, dobrze być w takim gronie jak Wy!